piątek, 28 października 2016

Spotkanie z Magdaleną Grzebałkowską - relacja. O naturze podglądacza, zaglądaniu księżom pod sutannę i planach na przyszłość.



27 października 2016 r. w budynku Wojewódzkiej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Rzeszowie odbyło się spotkanie z autorskie z Magdaleną Grzebałkowską, na które zapraszałam wszystkich czytelników z Rzeszowa i okolic w poprzednim poście

Magdalena Grzebałkowska to polska pisarka i do niedawna reporterka Gazety Wyborczej. Ukończyła studia historyczne na Uniwersytecie Gdańskim. Do niedawna reporterka Gazety Wyborczej, ponieważ w połowie 2015 roku całkowicie zrezygnowała z etatu w tym czasopiśmie na rzecz tworzenia własnych książek. 
Magdalena Grzebałkowska jest laureatką Nagrody Grand Press oraz Śląskiego Wawrzynu Literackiego. W 2016 nominowana została do Nagrody Literackiej „Nikeza książkę „1945. Wojna i pokój.” Ostatecznie otrzymała z tego tytułu nagrodę czytelników. Rzeszowskie spotkanie poprowadził jeden z pracowników Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Rzeszowskiego - dr Jan Wolski.

Po rozpoczęciu spotkania przez Barbarę Chmurę – dyrektor WiMBP w Rzeszowie, dr Jan Wolski przedstawił licznie przybyłym gościom bohaterkę spotkania i owoce jej reporterskiej pracy w postaci biografii księdza Jana Twardowskiego: „Ksiądz Paradoks...”, biografii Zdzisława i Tomasza Beksińskich znaną jako „Beksińscy. Portret podwójny” oraz jej najmłodsze dziecko czyli „1945 Wojna i pokój”.  

Kim jestem? 

Kluczowym na początku spotkania okazało się zdefiniowanie zawodu Magdaleny Grzebałkowskiej. Czy widzi w sobie pisarkę, reportażystkę, reporterkę, a może biografistkę. Pani Magdalena zdecydowanie opowiedziała się za reporterką. Dlaczego? To słowo jako jedyne unosi ciężar ciężkiej, rzemieślniczej pracy jaką jest zbieranie materiałów, przeprowadzanie rozmów, ich późniejsze odsłuchiwanie czyli tworzenie z wszystkich drobnych fragmentów niepowtarzalnej całości w postaci książki. Zarówno po książce „Ksiądz Paradoks...”, jak i „Beksińscy. Portret podwójny”, Magdalena Grzebałkowska mówiła: już nigdy więcej nie napiszę książki! A jednak swoistym narkotykiem stało się kopanie w historii i podglądanie tych, których nikt wcześniej nie podglądał

Grzebałkowska już od momentu gdy jej wzrost przekroczył półtora metra lubiła podglądać innych ludzi. Początkowo byli to rodzice, a z czasem sąsiedzi. To chyba dlatego tak dobrze odnalazła się w zawodzie reportera. Ma dobre oko, ma dobre ucho i smykałkę do pisania. Potrafi w interesujący i jednocześnie nienarzucający się sposób poszerzać wiedzę czytelników, a w jej książkach słychać głosy wielu bohaterów, z których każdy przemawia swoim językiem, a nie językiem Grzebałkowskiej. 


Początki

Kiedy więc w głowie Magdaleny Grzebałkowskiej zapaliła się lampka, a tajemniczy głos zaczął podpowiadać: tak, napiszę książkę! Zarówno za włączeniem światła, jak i podpowiedzią stoi zespół kreatywny pracujący w Społecznym Instytucie Wydawniczym  „Znak. Ani napisanie książki o księdzu Twardowskim, ani dzieje życia Beksińskich nigdy nie znajdowały się w kręgu zainteresowań Magdaleny Grzebałkowskiej. Zainteresowanie przyszło z czasem i nabytą w trakcie zbierania materiałów wiedzą. 

Zwyczajny nadzwyczajny

Ksiądz Paradoks...” to było wyzwanie. Szczególnie dla osoby, która przed rozpoczęciem pracy nad książką o księdzu Janie Twardowskim chyba nie końca wierzyła, że księża to też ludzie. Gdy Wydawnictwo Znak poprosiło ją o stworzenie konspektu książki, który jak wiadomo stanowi właściwie połowę sukcesu w kwestii przyjęcia tekstu przez wydawcę, Magdalena Grzebałkowska w trzech zdaniach określiła swoje cele, które można podsumować jednym zdaniem. W swojej książce o księdzu Janie Twardowskim chciałaby zajrzeć mu pod sutannę. Wyrzucić i zapomnieć o wszystkich fałszywych tezach, którymi ta postać została obudowana i spojrzeć na nią zupełnie świeżym okiem. Magdalena Grzebałkowska przywołała tu pewne porównanie. Autorka chciała pokazać księdza Jana Twardowskiego jako bohatera w szlafroku - zwyczajnie, domowo, a nie jako postać wyświęconą, najlepiej przy ołtarzu. Dlaczego w szlafroku? Magdalena Grzebałkowska nie chciała odrzeć księdza Twardowskiego z godności. Innymi słowy: piszę prawdę, bez słodzenia. Niech ta prawda o księdzu Twardowskim pozostanie w głowach czytelników. 

Dobra biografia - 
czyli jaka?  

Dobre biografie to te, których bohaterowie już nie żyją, a w najlepszych biografiach rodzina bohatera także jest martwa. To smutny, ale prawdziwy wniosek wysnuty przez Magdalenę Grzebałkowską. „Beksińscy. Portret podwójny” to kolejna książka, którą można określić bardzo dobrą pozycją, biorąc pod uwagę powyższe zastrzeżenia. Tutaj znowu bohaterów książki zaproponowało Wydawnictwo Znak. Choć autorka początkowo sceptycznie podchodziła do tematu tworzenia nowej książki, to jej reporterski, doświadczony nos poczuł dobry temat. Gdy Magdalena Grzebałkowska zgodziła się napisać o Beksińskich dopiero wtedy zrozumiała jak daleko od Sopotu, w którym na co dzień mieszka, znajduje się Sanok. 
Sanok - miasto, a właściwie miasteczko, które posiada niepowtarzalny klimat, w którym ludzie z czasem zaczęli się do niej przyzwyczajać, a może i pomagać, a w końcu miasto, do którego teraz z chęcią wraca. Choć jak sama mówiła, pierwsza wyprawa samochodem z Sopotu do Sanoka przy pomocy GPS-u i wybraniu najkrótszej, a nie najbardziej komfortowej trasy okazała się koszmarem.

Coś w tym jest, że choć za wybór tematów książek odpowiada Wydawnictwo Znak, to jednak Magdalena Grzebałkowska wprost idealnie odnajduje się w biografiach samotników, poniekąd introwertyków o dwóch obliczach. Podczas pracy nad książką o księdzu Janie Twardowskim mówiła, że każdego dnia przeżywała coraz większe zdziwieniq. Z jednej strony był to niezwykle skromny człowiek, a z drugiej autor, który lubił wypytywać o sprzedaż swoich tomików na tle takich autorów jak Szymborska, czy Miłosz. Z jednej strony to symbol wiary i fundament polskiego Kościoła, a z drugiej zwyczajny, prosty człowiek, który też miał swoje prywatne stany zwątpienia. 

Jedna z uczestniczek spotkania autorskiego zapytała, dlaczego książka o Beksińskich tak naprawdę nie jest portretem potrójnym. Przecież bez Zosi - żony Zdzisława Beksińskiego, tak naprawdę ta rodzina rozpadłaby się w mgnieniu oka. Magdalena Grzebałkowska uznała, że wobec dwóch tak „rozbuchanych” charakterów - ma tu na myśli Zdzisława i Tomasza - postawienie na równym poziomie Zofii byłoby swego rodzaju niesprawiedliwością.  Na temat Zofii Beksińskiej zachowało się niestety bardzo mało źródeł w porównaniu z mężem i synem. Zofia Beksińska była po prostu szczęśliwa i jednocześnie schowana u boku swojego męża - jak sama go nazywała - geniusza. Mówienie w tym kontekście o portrecie potrójnym mogłoby by sprawić, że część czytelników oczekiwałaby więcej od postaci Zofii i poświęcenia jej większej przestrzeni, aniżeli pozwalałyby na to źródła historyczne. 

Czy w 1945 istniało szczęście?

1945. Wojna i pokój.” to już pomysł Wydawnictwa Agora i przyjaciela Magdaleny Grzebałkowskiej z Gazety Wyborczej. Początkowo miał być to jedynie reportaż na temat Gdańska w roku 1945. Z czasem ten pomysł rozszerzył się na całą Polskę. „1945. Wojna i pokój.” to książka - odpowiedź na pytanie jak ludzie w 1945 roku pojmowali szczęście. Czy w ogóle to szczęście istniało, a jeśli istniało, to czy z tych szczęśliwych momentów się cokolwiek zachowało. Niewątpliwie rok 1945 był jednym z najbardziej dramatycznych w XX wieku, a jeśli ktoś myśli inaczej, to najwyższy czas to zweryfikować. 1945 to formalny koniec wojny i początek walki każdego człowieka o przetrwanie. To straszne, że w roku 1946 i w kolejnych latach wcale nie było lepiej, a my na myśl o końcu wojny mamy przed oczami słynną fotografię marynarza całującego pielęgniarkę na Times Square. W tej książce jak w żadnej innej Magdalena Grzebałkowska ujawniła swoją pasję podglądacza. Każdy rozdział książki poprzedzają tzw. ogłoszenia drobne. Nic bardziej nie odda nastrojów i nic nie będzie stanowić lepszego tła roku 1945 jak problemy zwyczajnych ludzi. Ogłoszenia drobne mówią więcej niż tysiąc słów. 

Krzysztof Komeda

Jak na każdym spotkaniu autorskim nie mogło zabraknąć pytań o przyszłość. Nad czym teraz pracuje Magdalena Grzebałkowska? Reporterka zbiera materiały do książki, której bohaterem będzie Krzysztof Komeda - polski kompozytor, i pianista jazzowy. Czekam z niecierpliwością na efekty. Każda kolejna książka jest dla autora jeszcze większym wyzwaniem, bo wysokość zawieszenia poprzeczki stale rośnie. O Magdalenę Grzebałkowską jestem jednak spokojna. Ten rzemieślnik o naturze podglądacza na pewno temu podoła. Trzymam kciuki.

Spotkanie zostało zorganizowane w ramach projektu „Spotkania pod znakiem Pegaza”, dofinansowanego ze środków MKiDN w ramach programu „Promocja literatury i czytelnictwa”.


Słowem całkowicie subiektywnego podsumowania muszę dodać, że spotkanie można uznać za bardzo udane. Zapomnijmy o tych wszystkich problemach z nagłośnieniem i kilku brakujących krzesłach. Magdalena Grzebałkowska i dr Jan Wolski znakomicie poradzili sobie bez mikrofonu, a słuchając samych interesujących rzeczy, człowiek zapomina, że bolą go nogi. Pani Magdalena ma z pewnością naturę gawędziarza i słuchało się jej wyśmienicie. Na początku zastanawiałam się, kto przybył do biblioteki dla książki o księdzu Janie Twardowskim, kto dla Beksińskich, a kto dla roku 1945, ale pod koniec uznałam, że przecież to nie ma znaczenia. Po spotkaniu z Grzebałkowską i tak każdy sięgnie po wszystkie napisane przez nią książki. 
Mój osobisty apel brzmi: średnia wieku na spotkaniu to 50+ (to nic złego, ja wiem) ale Młodzi! Gdzie Wy jesteście? Gdzie się ukrywacie? Przecież ja wiem, że Wy też czytacie. 

Chapeau bas dla wszystkich, którzy przebrnęli przez tą wijącą się jak wąż relację. 
Chciałam jak najlepiej oddać klimat tego spotkania. 




* okładki książek: lubimyczytac.pl

czwartek, 27 października 2016

#Zapowiedź: Magdalena Grzebałkowska w Rzeszowie.



Te  c e g ł y, które ciężko utrzymać w dłoni,
mogą oznaczać tylko jedno. 

27 października (dzisiaj!)
o godzinie 17.00
w budynku WiMBP w Rzeszowie przy ulicy Sokoła 13, 
będzie można spotkać się 
z Magdaleną Grzebałkowską

Wielki szacunek dla tej Pani za Portret Podwójny Beksińskich. Chapeau bas za Wojnę i pokój, którą zaczęłam czytać przedwczoraj i nie mogę się od niej oderwać. 
Zapraszam Was serdecznie na to spotkanie. 


ź r ó d ł o 

Więcej: 

Zobacz także:

Do zobaczenia!


wtorek, 25 października 2016

#168 Utopce. Arthur Conan Doyle miał „Studium w szkarłacie”, a Katarzyna Puzyńska ma studium małej społeczności.

Utopce
Katarzyna Puzyńska
595 stron
Premiera: 03.11.2015
Ocena: 8/10
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Cykl: Lipowo (tom 5)
Utopiec do podstępny demon wodny z mitologii Słowian - wyjaśniła Gloria. Pokazała palcem w kierunku wijącej się nieopodal Drwęcy, jakby dokładnie w tej chwili z rzeki miał się wyłonić jakiś dziwny stwór. 
- Utopiec rodzi się z duszy poronionego płodu albo z duszy topielca. Nie jest za przyjemny, bo zajmuje się głównie topieniem ludzi i zwierząt. Wygląda też nieciekawie. Ma zieloną oślizgłą skórę i nieproporcjonalnie do reszty ciała dużą głowę.”*

Ludowe wierzenia, religia i elementy fantastyki wplecione w fabułę książki zawsze nadają jej wyjątkowe wykończenie. Niby nikt nie wierzy w wampiry i inne tego typu ustrojstwa, ale tak naprawdę, gdy przychodzi co do czego, to one - jak żadne inne - potrafią w sercu i w głowie czytelnika zasiać najwięcej ziaren niepewności. 

Katarzyna Puzyńska po raz kolejny zabrała mnie do Lipowa. „Utopce” to już piąty tom kryminalnego cyklu, a ja nadal mam ochotę na więcej. 

* * *

Tym razem policjanci z Lipowa w osobie Daniela Podgórskiego, kontrowersyjnej Klementyny Kopp oraz sierżant sztabowej Emilii Strzałkowskiej mają za zadanie rozwiązać zagadkę sprzed trzydziestu lat. W 1984 roku w tajemniczych okolicznościach zniknął ojciec i syn, a ich ciał nigdy nie odnaleziono. Dowodem na ich śmierć są jedynie zakrwawione ubrania. Społeczność wioski Utopce mimo upływu lat, nadal wierzy, że mężczyźni padli ofiarą krwiożerczego wampira. W gąszczu zaniedbań z lat 80., policjanci próbują znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia, aby „pchnąć” śledztwo i znaleźć winnych. Przyznam szczerze, że początkowo ciężko było uwierzyć, że im się to uda. 


Akcja książki „Utopce” toczy się dwutorowo. Naprzemiennie poznajemy aktualne działania, jakie podejmują policjanci wraz z rzeczywistymi wydarzeniami z 1984 roku. Dodatkowo perypetie obecnego śledztwa poprzedzone są zapisem przesłuchań jednej z policjantek, które stanowi swego rodzaju zapowiedź późniejszych wydarzeń. W miarę rozwoju akcji rozdziały stają się krótsze. Fabuła nabiera tempa. Wbrew logice policjanci zaczynają stopniowo wierzyć w działanie sił nadprzyrodzonych. W pewnym momencie nikt nie ma pewności kto jest ofiarą, a kto jest winnym. Niewielka społeczność Utopiec, prócz tego że nie jest liczna, staje się także coraz bardziej zamknięta i mniej skora do pomocy. Niepokojącym staje się zwiększanie liczby śmiertelnych ofiar. W rozwiązaniu śledztwa nie pomagają osobiste problemy w życiu głównych bohaterów, którym Katarzyna Puzyńska poświęca w tym tomie sporo uwagi. Szalona karuzela z nadchodzącym złem została już dawno wprawiona w ruch. Pytanie, czy policjantom z Lipowa uda się ją zatrzymać. 

Tak jak Arthur Conan Doyle miał swoje „Studium w szkarłacie”, tak Katarzyna Puzyńska ma swoje studium małej społeczności. Bardzo podobało mi się jak autorka dawkowała napięcie i jak ciągle zmieniała trop, który znalazłam burząc mój tok myślenia. „Utopce” to książka zaskakująca, wciągająca i godna uwagi. Taka, która potrafi nas zatrzymać w fotelu przez cały jesienny wieczór, a może nawet i dwa. Jedyne czego brakowało mi w tej części to postaci Weroniki Nowakowskiej - kobiety, która po rozstaniu z mężem przeprowadziła się z wielkiego miasta do Lipowa, i która próbowała odbudować swoje życie w klimatycznym dworku z psem i końmi u boku. Jej wątek został jakby pominięty. To motywuje mnie jednak do szybkiego znalezienia „Łaskuna” oraz kolejnego tomu o tytule „Dom Czwarty”. Choć nie jestem aż taką optymistką, żeby wierzyć, że uda mi się w sobotę na Targach książki w Krakowie zakupić jeden ze stu przedpremierowych egzemplarzy

Utopce” jednak polecam z całego serca. To idealna książka na jesień. 

Utopce [Katarzyna Puzyńska]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE


  

Te książki nadal przede mną. 

Cykl LIPOWO: 
3. Trzydziesta pierwsza
4. Z jednym wyjątkiem
5. Utopce
6. Łaskun

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
* cytaty w tytule i w treści posta pochodzą z książki Utopce
** okładki książki Łaskun” oraz Dom Czwarty - wydawnictwo Prószyński i S-ka

W i ę c e j   n a :  

A Wy, co podczytujecie? 
Wybieracie się na Targi Książki

:)

sobota, 22 października 2016

#167 Ślady („Życie z powieścią nie ma nic wspólnego.”)

Ślady 
Jakub Małecki
320 stron
Premiera: 28.09.2016
Ocena: 8/10 
Wydawnictwo Sine Qua Non
Boże, gdybyś istniał, tobyś nas wszystkich w jednej chwili wymordował, jestem tego pewna - tak mówi do siebie w myślach. ”*

Ślady” to książka zawieszona pomiędzy opowiadaniem, a powieścią

Jeśli ktoś zapyta mnie o czym są „Ślady” powiem po prostu, że o ludziach. 
Ale także o tym jak smakuje smutek, załamanie, rozczarowanie, samotność, porażka, radość, chwilowe uniesienie, spełnienie i poczucie bezpieczeństwa. „Ślady” to podróż przez pokolenia. 

Opowiadania, które mają w sobie nutę wojny, miłości i wzruszających wspomnień, łączą się w całość o uniwersalnym charakterze. Już przy okazji „Dygotu” pisałam, że Jakub Małecki jak nikt potrafi odmalować słowami panoramę ludzkich zachowań. „Ślady” tak jak „Dygot” mnie zasmuciły, bo pełno tu nostalgii i zapachu minionych czasów. Podoba mi się ścieżka rozwoju tego autora, jego oryginalność i poetycka wymowa jego książek, która pozwala mi się zapomnieć i zaczytać...

* * * 

„Chwaścior nic w życiu nie zrobił, ale i tak miał życie.”*

Mimo tego, że opowieść prowadzona jest ambitnie, to czyta się ją lekko. Wciąga niczym narkotyk. Może właśnie dzięki realizmowi. „Ślady” to utwór nieoczywisty. Nie potrafię określić w jakim kierunku uda się ten autor w następnej książce. Jestem ciekawa, czy dalej będzie doskonalił te nieprzewidywalne, poniekąd poszarpane strzępki ludzkich losów w opowiadaniach, czy też nie. Jednak nie ulega wątpliwości, że „Ślady” to mocna dawka przenikliwej analizy ludzkiego życia

Wszystkie historie stworzone przez Jakuba Małeckiego mają wspólny mianownik. Splatają się ze sobą, intrygują. Na kolejnych stronach powracają te same motywy i problemy, ale oświetlone jakby z innej strony. 

Dla wszystkich, którzy cenią sobie prostotę, minimalizm, potrafią zachwycać się codziennością i wielką wartość mają dla nich sprawy zwyczajne, ta książka może okazać się idealna. Jakub Małecki wybitnie opisuje ludzi, ich życie i emocje. Polecam. 

Za możliwość przeczytania
dziękuję
Wydawnictwu Sine Qua Non

Przeczytaj także:


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
* cytaty w tytule i w treści posta pochodzą z książki Ślady
** okładka książki - LubimyCzytac.pl

W i ę c e j   n a :  

Znane są Wam książki Jakuba Małeckiego? 

z a c h w y t    n a d    o p r a w ą 


wtorek, 18 października 2016

#166 Świadectwo („Wiem, co widziałem. Nie muszę obawiać się prawdy.”)

Świadectwo
{ Prawdziwa historia hinduskiego lekarza,
 który przeżył śmierć kliniczną,
 spotkał Jezusa i przebudził się do nowego życia }
Rajiv Parti / Paul Perry
256 stron
Premiera: 19.08.2016
Ocena: 8/10
Wydawnictwo Samsara (Business & Culture)
Miłość to najważniejsza rzecz we wszechświecie. Miłość jest najlepszym sposobem zdyscyplinowania, bo łagodność budzi szacunek.”*

NDE - Near Death Experience - doświadczenie śmierci, które odczuła osoba niemal umierająca lub w stanie śmierci klinicznej. Jedni powiedzą, że takie wydarzenia należą do rzadkości, a drudzy, że wręcz przeciwnie, tylko rzadko kiedy osoba doświadczająca NDE decyduje się ujawnić to, co widziała lub gdzie była, kiedy pozostali umierali ze strachu w trosce o jej życie. 

Świadectwo” to historia anestezjologa - doktora Rajiva Parti, który niegdyś obojętny na doświadczenia śmierci swoich pacjentów, wspiąwszy się na szczyt kariery lekarskiej, sam znalazł się na krawędzi. Parti przeżył śmierć kliniczną. W czasie tego wydarzenia ujrzał swoje życie z innej perspektywy. Egoizm, brak współczucia i miłości. Nie wszyscy dostają możliwość przemiany swojego życia. Rajiv Parti ją otrzymał i z niej skorzystał. Czy możemy go oceniać? Jak zmieniło się jego życie po niezwykłym doświadczeniu śmierci. 
O tym opowiada „Świadectwo”. 

* * * 

„Jeśli nie możesz czegoś dotknąć, usłyszeć
 lub zobaczyć na monitorze, 
niech zajmie się tym psychiatra.”*

To zdanie najlepiej opisuje Rajiva Parti przed przemianą i moje podejście do „Świadectwa” przed przeczytaniem książki od deski do deski. Ten, kto mnie zna, wie że sceptycznie podchodzę do tego typu opowieści. Staram się zwykle przeanalizować je w głowie kilka razy, a dzisiaj prócz tego, wzięłam na swoje barki kolejne ambitne zadanie, a mianowicie zamierzam polecić Wam „Świadectwo” i sprawić, abyście wzięli tę książkę pod uwagę, tworząc książkowe plany na najbliższe miesiące. 

Historia hinduskiego lekarza, który przeżył śmierć kliniczną ma w sobie coś takiego, co porusza zakątki duszy. Rajiv Parti to klasyczny przykład człowieka, który w dzieciństwie nie doświadczył prawdziwej miłości ze strony ojca. Ten, wyznawał zasadę: „zagięty paznokieć prostuje się za pomocą młotka”. Parti zanim stał się cenionym na świecie anestezjologiem, przez wiele lat ciężko pracował, aby znaleźć się w tym, a nie innym miejscu. Wedle hinduskiej tradycji wziął także zaaranżowany ślub, który jak się później okazało, stał się szczęśliwym związkiem dwojga kochających się ludzi z gromadką dzieci, jednak to wydarzenie z pewnością odcisnęło się na psychice lekarza. Z czasem Rajiv Parti zaczął wcielać w życie zasady wychowawcze swojego ojca także pod swoim dachem, tracąc stopniowo kontakt z synami. Jednego z nich wręcz zmuszając, aby poszedł w jego ślady studiując medycynę. Anestezjolog stał się człowiekiem wyzutym z emocji i pozbawionym empatii. Choć był niepodważalnie profesjonalistą i specjalistą w swojej dziedzinie, to nie miał szacunku wobec swoich pacjentów, którzy niejednokrotnie opowiadali mu o swoich doświadczeniach z pogranicza śmierci - a on to bagatelizował. Kiedy u Rajiva Parti odkryto raka prostaty, lekarz odwrócił się także od Boga. Nie mógł uwierzyć, że on - człowiek, który leczy innych - sam może tak szybko skończyć swoje życie. Bohater przeszedł wiele operacji, które miały na celu doprowadzić do całkowitego wyleczenia. Gdy jedna z nich się nie powiodła, a wręcz spowodowała zakażenie organizmu, Rajiv liczył się z tym, że to może być koniec wszystkiego

Przeżył śmierć kliniczną, podczas której w całej prawdzie ujrzał swoje życie: egoistyczne, pozbawione współczucia i miłości – nie tylko w stosunku do pacjentów, ale również syna, wobec którego był apodyktyczny. Po zaświatach oprowadzali go nie bogowie hinduizmu, lecz… archaniołowie. Poprosił wówczas o możliwość przemiany swojego życia.”**

„Wiedziałem, że właśnie zaczyna się proces 
mojego prawdziwego uzdrowienia.”*

To niezwykle interesujące i wzruszające jak bardzo Rajiv Parti zmieniał się na kartach tej książki. Bohater był człowiekiem niezwykle uduchowionym, bo gdyby kierował nim tylko strach - uczucie chwilowe, ulotne - z pewnością z czasem zrezygnowałby ze zmian w swoim życiu. Parti postanowił całkowicie przemeblować swoją codzienność. Oczywiście, że spotkał się z dezaprobatą najbliższych, jednak miał w sobie tyle siły i tyle energii, że ostatecznie mu się udało. Jest to jednak jedna z niewielu książek, które miałam okazję przeczytać, a które zasiały w mojej głowie tyle refleksji na temat tego, czy życie po życiu istnieje, a jeśli tak, to co nas czeka po drugie stronie. 

Książka jest niezbyt obszerna, podzielona na krótkie rozdziały. W tej formie autor pokazuje nam w jasny, przejrzysty sposób swoją przemianę, a właściwie esencję drogi, którą obrał. Wierzę w to, że jego przemiana miała swój głębszy, ponad ludzkie zrozumienie cel. Można nie wierzyć w tego typu podróże. Można pukać się w czoło na myśl o tym, że ktoś twierdzi, iż został natchniony przez samego Boga, ale nikt nie może zanegować, że ta książka jest publikacją-hamulcem, która przypomina, że w życiu czasem trzeba zwolnić i zastanowić się, czy biegniemy we właściwym kierunku. Polecam.

Książki o podobnej tematyce:




Za możliwość przeczytania książki
dziękuję B&C
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
* cytaty w tytule i w treści posta pochodzą z książki Świadectwo
** opis fabuły pochodzi z portalu LubimyCzytac

W i ę c e j   n a :  

Co sądzicie na temat NDE i innych książek o tej tematyce?
Może jakieś lektury rekomendujecie? 

Udanego tygodnia. :)

czwartek, 13 października 2016

#165 Nebraska („Cholera, przestraszyłem się, że już nie żyję. A ja po prostu byłem w Nebrasce.”)

Nebraska
Zbigniew Białas
192 strony
Premiera: 28.09.2016
Ocena: 6/10
Z nudów poszedłem na piechotę do sklepu. Kawał drogi. Kupiłem kwiatka w doniczce, ponieważ na metce napisano o nim, że jest to "Single desert flower". Wziąłem, żeby było mu raźniej.”*

Nebraska. 
Stan w środkowo-zachodniej części USA. Teraz także tytuł książki Zbigniewa Białasa - autora, którego możecie kojarzyć dzięki takim książkom jak Tal czy Korzeniec
Sosnowiecki autor stworzył opowieść o prawdziwej Ameryce. Kraju z 2001 roku, który wcale nie przypomina państwa z roku 2016. „Nebraska” to zapis dziewięciomiesięcznego pobytu Zbigniewa Białasa, który udał się za ocean by studiować relacje z ekspedycji Lewisa i Clarka oraz wypraw Alexandra von Humboldta, brać udział w konferencjach i odczytach, a w wolnym czasie poznawać Amerykę.

* * *

Dziennik, który stworzył Zbigniew Białas jest zapisem żartobliwym i dowcipnym. Autorowi nie można odmówić dokładności i trafności w próbie uchwycenia na kartce papieru zachowań mieszkańców Ameryki. Szkoda, że Zbigniew Białas dopiero po tylu latach od swojej podróży zdecydował się na publikację notatek - większość faktów uległo dezaktualizacji. Jego relację trzeba potraktować bardziej jako żartobliwy powiew historii, aniżeli bieżące źródło informacji na temat Ameryki Północnej. Pomimo tego, istnieje wiele powodów, dla których warto sięgnąć po „Nebraskę”. 


Nebraska” to klasyczny przykład dziennika. Ta forma będzie odpowiadała czytelnikom, którzy cenią sobie szczere opinie i opisy pełne ekspresji, dowcipu i pachnące zwyczajną rutyną. Zbigniew Białas nie sili się na obiektywizm. Podaje nam opisy codziennych czynności i sporą dawkę przemyśleń. Autor zwiedza Sun Studio, muzeum w Graceland, Union Station, Wielkie Jeziora i wiele innych miejsc, za które kochamy Stany Zjednoczone. Jednak jego relacja może być według mnie jedynie uzupełnieniem, swego rodzaju „dopieszczeniem” i doszlifowaniem wiedzy na temat USA, a nie samodzielnie funkcjonującym kompendium. 

My, Europejczycy, urodzeni i dorastający w odmiennej kulturze, chyba wszyscy mamy tendencję do skupiania się na „drobiazgach” takich jak „preriowe kotlety”, „złota umywalka Elvisa” czy innych paradoksach, bo to co najważniejsze o USA znamy z gazet, filmów, telewizji czy reportaży. Pewnych utartych w głowach schematów na temat Ameryki już nigdy nie zmienimy, chyba że sami się tam wybierzemy i zasmakujemy rzeczywistości. Zbigniewowi Białasowi bardzo zazdroszczę tej podróży. Jest to kolejna opowieść o Stanach, która motywuje mnie, aby kiedyś odbyć podróż za ocean i spróbować tego wszystkiego na własnej skórze. 
Tak więc Drodzy Czytelnicy, jeśli w najbliższym czasie nie planujecie żadnych podróży to na nie tylko jesienne wieczory polecam Wam „Nebraskę”, a z jeszcze większym entuzjazmem polecam „Tal” i „Korzeniec”. Kryminały Zbigniewa Białasa to majstersztyk, a ten dziennik to interesujący „przerywnik” i zapychacz czasu w oczekiwaniu na nowy kawałek historycznej sensacji spod jego pióra. 

Za możliwość przeczytania dziękuję
Wydawnictwu MG.

Przeczytaj także: 



. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
* cytat w tytule: Gene Hackman w filmie Bez przebaczenia,
 cytat w treści posta pochodzi z książki Nebraska

W i ę c e j   n a :  

Pogoda idealna, aby z kubkiem kawy 
zasiedzieć się przy serialach. 

Co oglądacie? 
Mr. Robot, The night of, a może Belfer? 
Co polecacie? 

Udanego weekendu! 

sobota, 8 października 2016

„Ostatnia rodzina”

K i n o  Z o r z a  R z e s z ó w 

Byłam, widziałam, a to jest niejako dowód i pretekst do krótkiego monologu na temat filmu „Ostatnia rodzina”. 

Film wyczekany, wciągający, dosadny, jednak nieco chaotyczny. A może tak naprawdę żadna inna forma prezentacji rodziny Beksińskich nie jest w stanie pobić literackiego pierwowzoru stworzonego przez Magdalenę Grzebałkowską. 

Andrzej Seweryn - mistrz. Dla jego roli warto zobaczyć ten film. „Beksińscy byli zarazem mali i wielcy, kuriozalni i pospolici”, a „Ostatnia rodzina” to ogromna dawka smutku. 



Jeszcze raz zapraszam do lektury książki Beksińscy. Portret podwójny”. Odsyłam do recenzji. Niebawem słów kilka na temat książki „Beksiński. Dzień po dniu kończącego się życia.

Udanego weekendu!
Kto z Was wybiera się do kina? 


wtorek, 4 października 2016

#164 Freddie Mercury i ja („Freddie był największą miłością mojego życia.”)

Freddie Mercury i ja
Jim Hutton / Tim Wapshott
302 strony
Premiera: 14.09.2016
Jeśli się przydarzy, to dobrze, 
jeśli nie, to drugie dobrze.”*

Z taką filozofią szedł przez życie uwielbiany przez wszystkich Freddie Mercury, wokalista zespołu Queen. Mówi się, że człowiek umiera, gdy ludzie zatracają o nim pamięć. Freddie jest zatem nieśmiertelny. O tym próbuje nas przekonać Jim Hutton - wieloletni kochanek wokalisty - w szczerej rozmowie z Timem Wapshottem, w wydanej po raz pierwszy w latach 90. częściowej biografii Mercurego. 

* * * 

W pierwszej kolejności należy jasno określić dla kogo jest ta książka. „Freddie Mercury i ja” to opowieść, którą zachwycą się prawdziwi fani Queen. Osoby, które cechuje tolerancja wobec szeroko pojętego transwestytyzmu i związków homoseksualnych. Wokół tej książki krąży pewna opinia: czy aby na pewno Jim Hutton powinien bez skrępowania pisać o tym, co Freddie przez lata ukrywał przed dziennikarzami? Musicie sami sobie odpowiedzieć na to pytanie. Dla mnie jest to kolejna pozycja, która pozwala poznać ponadczasowego artystę od innej strony. Dla prawdziwych fanów rzecz niezaprzeczalnie obowiązkowa. 

Faktem jest, że Jim Hutton nie traktował swojej relacji z Freddiem jako: zwyczajny człowiek - nadczłowiek. Dla Jima, co dziwne i piękne jednocześnie, Mercury nie był artystą, nie był też muzykiem, a był przede wszystkim ukochaną osobą. Ta otwartość dotycząca homoseksualizmu nie tylko w latach 90. budziła wielkie obrzydzenie, bowiem kochanek Freddiego posługuje się bardzo swobodnym językiem nawet jak na XXI wiek. 

Freddie Mercury i ja” wywołuje skrajne uczucia. To dokument, w którym rodzi się i zakwita, nie bójmy się tego powiedzieć, homoseksualny związek i któremu udaje się przetrwać całe siedem lat. Intymny wydźwięk książki budził we mnie momentami wielkie poczucie zażenowania i skrępowania. 

Czasem poddajemy się myśleniu, że gwiazdy które zawładnęły światem nie posiadają ludzkich uczuć. Wokalista Queen był wybitnie wrażliwy. Po przeczytaniu tej książki przestanie Cię obchodzić, co robił w wolnym czasie, czy ćpał narkotyki, czy wolał mężczyzn. Freddie stanie się dla Ciebie zwykłym człowiekiem. Człowiekiem, który stał się miłością czyjegoś życia. 


Za możliwość przeczytania dziękuję
Grupie Wydawniczej Publicat S.A.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
* cytaty w tytule i w treści posta pochodzą z książki Freddie Mercury i ja

W i ę c e j  n a :  

Pogoda t r a g i c z n a. 
Mam na myśli - 
sprzyjająca czytaniu. 

Udanego tygodnia. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...