sobota, 5 września 2015

Lektury z opracowaniem. Hot or not, a może bez nich nie da się obejść?

Kto z Was nie siedział pod klasą języka polskiego grubo po dzwonku, drżącymi dłońmi wertując opracowanie lektury, którą miał przeczytać na dzisiejsze zajęcia, ale jakoś dziwnym trafem znalazł na nią czas dopiero pięć minut przed rozpoczęciem lekcji, niech pierwszy rzuci kamieniem. Każdemu z nas przydarzyła się kiedyś taka sytuacja. 

Gotowa interpretacja lektury dla jednych jest wszystkim, dla drugich uzupełnieniem sporej wiedzy, którą już mają w głowie, a dla jeszcze innych sposobem, aby udowodnić tej złośliwej polonistce, że nie ma pytania, na które nie znalibyśmy odpowiedzi, a Izabela Łęcka oprócz tego, że była piękną lecz pustą kobietą, na spotkanie z Rossim włożyła jedwabną sukienkę kremowej barwy. 

Po co właściwie powstają opracowania lektur? I dlaczego wydawane są w jednej książeczce z oryginalnym tekstem. Każdy odpowie: żeby pomóc uczniom. A ja odpowiem, aby zwolnić ich z jakiegokolwiek myślenia. W idealnym świecie uczeń najpierw przeczytałby oryginał, później zgodnie z kolejnością jaką w swoich opracowaniach proponuje na przykład wydawnictwo Greg, sięgnąłby po biogram autora, żeby swoje własne przemyślenia skonfrontować z gotowym komentarzem fachowca. 
Jak jest w rzeczywistości? 
Uczeń bierze do ręki książkę, przygląda się nieufnie okładce, zaczyna oblewać go zimny pot na widok liczby stron i drobnej czcionki, po czym nerwowo otwiera książkę na stronie: „Streszczenie w pigułce”.

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Nie myślcie sobie, że jestem wrogiem opracowań. Wręcz przeciwnie, zawsze uważam, że swoją opinię trzeba skonfrontować ze zdaniem drugiego człowieka. To rodzi dyskusję i zmusza do myślenia, czyli pobudza jakiś kreatywny proces w naszym mózgu. Moje słowa to apel. Nie idźmy na łatwiznę. Spróbujmy poznać tekst, choć miałby się okazać najgorszym stekiem bzdur, jaki kiedykolwiek mieliśmy okazję trzymać w dłoniach. Wtedy przynajmniej będziemy mogli z czystym sumieniem powiadomić cały świat o swoim zdaniu, a nasza opinia będzie rzetelna. Sięgajmy po oryginał, konfrontujmy go z opracowaniem, nie zgadzajmy się, myślmy, sprawdzajmy, badajmy, odkrywajmy. Nie bójmy się własnego zdania, ani wtedy kiedy jest ono tylko w naszej głowie, ani wtedy, gdy chcemy się nim podzielić ze światem, bo słowo interpretacja samo w sobie daje nam wolność, wielość znaczeń i możliwość odczytania świata na różne sposoby.

Z racji tematyki kieruję swój tekst głównie do uczniów. Chyba nikt nie wpadł jeszcze na pomysł, aby jak na talerzu podawać gotowe analizy książek, które nie byłyby lekturami. Wszystkie ułatwienia życia można nazwać dobrymi, jeśli człowiek potrafi z nich korzystać. Uczniowie (nie wszyscy) zatracili jednak umiejętność racjonalnego użytkowania pomocy naukowych. Bez opracowań nie da się obejść. Taka prawda. 

* * *

A zastanowił się ktoś dlaczego nie da się obejść? Umysłowe lenistwo i wielość ciekawszych rozrywek od polskiego kanonu lektur to kwestie, które już poruszyłam, ale co z nadgorliwymi nauczycielami, którzy posiadają prócz wykształcenia niezwykłą umiejętność zniechęcania swoich podopiecznych do czytania. No bo na co komu pytanie testowe ze „Zbrodni i kary” Dostojewskiego brzmiące: na łamach jakiej gazety Raskolnikow ujawnił w artykule swoje tezy, skoro uczeń jest przekonany, że tytuł książki brzmi „Zbrodnia Ikara”. 

To nie pierwsza i nie ostatnia zasłyszana perełka z lekcji języka polskiego w mojej szkole, która pozwala mi sądzić, że zbyt wymagający nauczyciele to kolejny bodziec, który sprawia, że opracowania lepiej zdają egzamin od właściwego tekstu lektury. Takie zachowania wprost idealnie odpychają od książek uczniów, którzy może nawet by po nią sięgnęli, ale po co, skoro nikt nie pyta o jej sens, a o kolor skarpetek bohatera

Tak więc tytuł powinien brzmieć: lektury z opracowaniem. Ani hot, ani not, ale must have w dzisiejszych czasach. Nie dajmy się lenistwu, schematycznemu myśleniu, którego wymagają od nas na każdym kroku. Zgodnie z myślą Arystotelesa, spróbujmy w tym wszystkim znaleźć słynny Aurea mediocritas, czyli złoty środek

Sięgajmy po oryginał, konfrontujmy go z opracowaniem, nie zgadzajmy się, myślmy, sprawdzajmy, badajmy, odkrywajmy. Nie bójmy się własnego zdania, ani wtedy kiedy jest ono tylko w naszej głowie, ani wtedy, gdy chcemy się nim podzielić ze światem, bo słowo interpretacja samo w sobie daje nam wolność, wielość znaczeń i możliwość odczytania świata na wiele różnych sposobów.
Piszę to drugi raz, żebyście nie zapomnieli. 
To naprawdę bardzo ważne.  

Róbta co chceta, ale myślta przede wszystkim. 

* * *

Ładnej kolekcji się dorobiłam, prawda? 
Możecie wierzyć lub nie, ale prócz Quo Vadis
książki, która nie była moją lekturą - 
wszystkie przeczytane od dechy do dechy. 

Co sądzicie o lekturach z opracowaniem? 
Czekam na opinie. 


12 komentarzy:

  1. Ja zawsze lubiłam czytać lektury, najczęściej robiłam to na wakacjach poprzedzających rok szkolny, więc nie były dla mnie przymusem lecz przyjemnością :) potem często czytałam drugi raz przed analizą w szkole, a jak nie wystarczało czasu to zaglądałam do opracowań w ramach powtórki. Chyba nie zdarzyło mi się czytać na skróty samych opracowań.. Generalnie jestem trochę dziwnym człowiekiem, bo mam wybiórczą pamięć do zapamiętywania pierdół, więc na takich szczegółowych klasówkach miałam najwyższe oceny właśnie przy pytaniach typu jakie kto miał skarpetki :D Może uczulała mnie od małego moja mama, która jest z zawodu bibliotekarką. Na egzaminie miała najważniejsze pytanie jakie ktoś jadł ciastko w danej książce, mama jako jedyna wiedziała, że to beza i zdała najlepiej. Zawsze mi to opowiadała, może dlatego takie szczegóły podczas czytania miały szczęście utkwić mi zawsze w pamięci :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Choć jestem uczennicą w czasach "kiedy ta młodzież nie czyta lektur, woli opracowanie, albo ekranizację", to zadaną książkę zawsze czytam od deski do deski. No, może z wyjątkiem Quo vadis - w dniu sprawdzianu zostało mi 20 stron, ale potem je doczytałam. Osobiście nigdy nie czytałam książki z opracowaniem i nie czułam, bym go potrzebowała. Nawet gdybym taki egzemplarz dostała w bibliofece, to raczej na koniec bym nie zaglądała. Mam wrażenie, że moi znajomi też raczej czytają całą książkę, choć na codzień tego nie robią, może jedynie pod koniec posiłkują się opracowaniem, ale nie jako jedynym źródłem poznania treści. W dodatku w tychże opracowaniach niejednokrotnie zdarzają się błędy dotyczące dość istotnych faktów, no i wtedy jest problem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja za lekturami nie przepadam, bo są one narzucone. Nie lubię czytać książek pod przymusem... dlatego dla mnie opracowania lektur zawsze się przydawały ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja nie jestem przeciwniczką lektur, są nieliczne, jedna lub dwie, których nie przeczytałam i kiedyś, fakt, sięgałam po lektury z opracowaniem, ale od 2 liceum, jak tylko mogłam, brałam bez. Nie dość, że są słabo wydane, a czcionka jest tak malutka, że ja nie wiem, kto to ma czytać, to nic mi te opracowania nigdy nie pomogły - poza opracowaniem "Dziadów".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najśmieszniejsze jest to, że na większości egzemplarzy pojawiło się coś na kształt pieczątki: "Czcionka ułatwiająca czytanie". :)

      Usuń
  5. Zależy jakie opracowanie.Mnie zawsze przestrzegano przed tym wydaniem książek, które przedstawiasz na zdjęciach. Właśnie z uwagi na fatalne opracowania. Są inne, które nie tyle są streszczeniem ile zwracają uwagi na problematyczne tematy i przedstawiają je na zasadzie analizy czy refleksji. Takie opracowania cenię.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja nigdy nie korzystałam z tego typu opracowań, gdyż czytałam wszystkie lektury szkolne. Poza tym nie podobają mi się te wydania.

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się, że dobrze jest myśleć i analizować samodzielnie, wyciągać wnioski i ogólnie pracować umysłowo, jednak w szkole korzystałam z opracowań, nawet często. Dzięki nim można było mieć pewność, że nasze rozważania "trafią w klucz", bo głównie do tego sprowadzała się analiza lektur - nikt nie punktował własnych wniosków, należało po prostu zrealizować materiał w wymagany sposób. Mimo to książki czytałam i starałam się samodzielnie rozważać, co z resztą zostało mi do dziś. :3

    OdpowiedzUsuń
  8. Zacznijmy od tego, że nigdy nie lubiłam czytać lektur, ponieważ czułam się zmuszana, kontrolowana a tego strasznie nie lubię w czytelnictwie. Książka musi być przeczytana z przyjemnością. Jeżeli chodzi o lektury z opracowaniem to rzadko z nich korzystałam, bo w bibliotece schodziły jak świeże bułeczki. A jak już taką dopadłam, to opracowanie służyło mi tylko jako usystematyzowanie wiedzy przed sprawdzianem z lektury.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja po opracowania sięgam, ale rzadko. Jakoś nie czuję wielkiej potrzeby korzystania z nich, poza streszczeniem - TYLKO po zakończonej lekturze, dla przypomnienia (taka ja pilna uczennica ;)).

    OdpowiedzUsuń
  10. Istnieją chyba tylko dwie lektury, których nie przeczytałam: "W pustyni i w puszczy" - podstawówka, po prostu tego nie dało się czytać oraz "Bursztyny" - I gimnazjum. Resztę przekartkowałam solidnie od deski do deski. Z opracowań nie korzystam, bo jakoś nie czuję potrzeby. :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...