niedziela, 28 czerwca 2015

#100 post! Do wygrania „Zapiski Nosorożca”

Zakładkę Siedzę w książkach też dorzucę
no i może jakąś dobrą herbatę. :).

Wakacje to czas, w którym szczególnie mamy ochotę poznawać książki należące do kategorii: literatura podróżnicza. Dlatego też z okazji publikacji setnej recenzji na moim blogu daję Wam możliwość zdobycia książki Łukasza Orbitowskiego pt.: „Zapiski Nosorożca”. 
Pozycja której podtytuł brzmi: „Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki” została wydana 5 listopada 2014 roku nakładem wydawnictwa Sine Qua Non. Jej zapowiedź znajdziecie tutaj, a moją recenzję w poście #68

Z chęcią oddam „Zapiski Nosorożca” w dobre ręce, a gdzie znajdę „lepsze ręce”, jeśli właśnie nie w blogosferze. Czego oczekuję w zamian? Odpowiedzi na jedno bardzo ważne pytanie. 

Każda podróż jest darem”. Łukasz Orbitowski postanowił odwiedzić  fascynującą Afrykę, a później opisać ją na kartach swojej książki w sposób, w jaki nie zrobił tego wcześniej nikt. 

Gdybyście to Wy mieli wybór... 
Gdzie postanowilibyście spędzić okres wakacyjny, 
którą część świata zwiedzić,
 jaki fascynujący skrawek ziemi poznać? 
Czekam na Wasze odpowiedzi, wraz z krótkim uzasadnieniem. 

Nie zapomnijcie o podaniu adresu e-mail. 

Postaram się wybrać najbardziej inspirujący komentarz, a następnie opublikuję go na blogu. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową, a na Wasze odpowiedzi czekam do 12 lipca, do godziny 20:00. 

Zapraszam do udziału w konkursie.

piątek, 26 czerwca 2015

#100! Lolita („...koniuszek języka robi trzy kroki po podniebieniu, przy trzecim stuka w zęby. Lo. Li. To.”)

Lolita
Vladimir Nabokov
319 stron
Wydawnictwo: Muza
Wersja kieszonkowa
Ocena: 9/10
Jeden ze 100 najlepszych tytułów według BBC
Lolito, światłości mojego życia, ogniu moich lędźwi. Grzechu mój, moja duszo. Lo-li-to: koniuszek języka robi trzy kroki po podniebieniu, przy trzecim stuka w zęby. Lo. Li. To. Na imię miała Lo, po prostu Lo, z samego rana, i metr czterdzieści siedem w jednej skarpetce. W spodniach była Lolą. W szkole – Dolly. W rubrykach – Dolores. Lecz w moich ramionach zawsze była Lolitą.”*

Zakupiłam całkiem przypadkowo, bowiem dopiero ostatnio odkryłam swoją niezwykłą miłość do kieszonkowych wersji książek. 14,99 mniej w portfelu, ale za dzieło wybitnego klasyka, to jednocześnie „aż za mało”
Moja długa przerwa w poznawaniu kolejnych dzieł z listy BBC nareszcie została zażegnana. Oto po Wielkim Gatsby'm nadchodzę z utworem, który nie każdemu się spodoba ze względu na dużą dawkę kontrowersji i skandalu, ale każdy powinien go poznać. 
Oto „Lolita” Vladimira Nabokova. 

* * *

W 1962 roku „Lolitę” sfilmował Stanley Kubick, a w 1997 Adrian Lyne. Jednak daleka jestem od tych interpretacji i to, co napiszę, odnosi się tylko i wyłącznie do wersji pisanej. stworzonej między 1947, a 1953 rokiem.  

Po przeczytaniu okładkowego opisu mówiącego o „obsesji czterdziestoletniego mężczyzny na punkcie dwunastoletniej dziewczynki Dolores”* przyznam szczerze, że można popaść w całkiem nieźle zaprojektowaną pułapkę myślową. Nie dajcie się jednak zwieść i „Lolitę” potraktujcie (wybaczcie, że znowu posłużę się cytatem) jako „jedyną w swoim rodzaju historię, która sprawia, że winniśmy z jeszcze większą czujnością i wyobraźnią przyłożyć się do pracy, jaką jest wychowanie pokolenia lepszych ludzi w bezpieczniejszym świecie.”*

Humbert Humbert, który tak naprawdę nie ukazuje swojego prawdziwego imienia i nazwiska, to człowiek, którego poznajemy od niemalże kołyski. Wędrujemy ścieżkami jego edukacji. Jesteśmy świadkami, jak studiuje literaturę angielską i psychiatrię, żeni się z Walerią Zborowską, a po niedługim czasie się z nią rozwodzi. I przede wszystkim towarzyszymy mu w ciągłym odczuwaniu braku spełnienia i poszukiwaniu tej jedynej „nimfetki” - czyli dziewczynki, młodej kobietki, idealnej postaci i osóbki odgrywającej główną rolę w codziennych fantazjach. 

Między dziewiątym a czternastym rokiem życia zdarzają się dzieweczki, które pewnym urzeczonym wędrowcom, dwakroć lub wielokroć starszym niż one, zdradzają swą prawdziwą naturę, nie ludzką lecz nimfią (czyli demoniczną); tym to stworzeniom wybranym proponuję nadać miano „nimfetek” (…) Czy w tym przedziale wiekowym wszystkie dziewczynki są nimfetkami? Rozumie się, że nie. (…) Uroda też nie jest żadnym kryterium; wulgarność, a przynajmniej to, co dana społeczność określa tym słowem, niekoniecznie odbiera im pewne tajemnicze cechy, nieziemską grację, zwiewny, wykrętny, rozdzierający, podstępny wdzięk, który wyróżnia nimfetkę spośród rówieśnic (…).”*

Z czasem bohater postanawia przeprowadzić się do Ramsadale po to, by móc skończyć pisać książkę. Stanowi to tak naprawdę efekt przeprowadzki z Paryża do Nowego Jorku. To właśnie tam bohater postanawia wynająć pokój. Trafia na panią Haze i choć jej dom stanowi ostatnie wnętrze, w którym miałby ochotę zamieszkać, to jej dwunastoletnia córka Dolores Haze - tytułowa Lolita, samą swoją obecnością potrafi przekonać bohatera o pozostaniu tam na dłużej. 

To wydarzenie stanowi o sile napędowej książki Vladimira Nabokova i ostatecznie prowadzi do fizycznego zbliżenia dwójki bohaterów, których dzieli ogromna przepaść. Na tę różnicę składa się przede wszystkim wiek, ale również odmienne potrzeby i niejednakowe wyobrażenie życia.

* * *

O książce, o której napisano już tak wiele, ciężko powiedzieć coś szczególnie oryginalnego. Jedni będą zniesmaczeni, a drudzy tak jak ja, będą zaintrygowani giętkim językiem Nabokova i balansowaniem na granicy tabu, które zaczyna się już podczas czytania samego tytułu („wędrówka po podniebieniu”), aż po rozlew krwi.  Jest to książka niezwykła i to oczywiste że drugiej takiej nie znajdziecie, ale co więcej, ciężko Wam będzie znaleźć choćby podobieństwo „Lolity” na stronicach innych dzieł. Nie ograniczałabym jej tylko do fizycznych zbliżeń bohaterów czy głupiutkiego charakteru Dolores. To przede wszystkim portret psychologiczny Humberta, i społeczeństwa amerykańskiego. I prawdopodobnie najlepsza książka Vladimira Nabokova. Kiedy przeczytam wszystkie, zrelacjonuję Wam, czy to prawda.
A tymczasem zostawiam Was z mnóstwem niedopowiedzeń i mam nadzieję zaostrzonym apetytem na „Lolitę”. 

Co jak co, ale jest to idealna pozycja na #100 post. 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
* cytat pochodzi z książki Lolita” Vladimira Nabokova

źródło: instagram

Już w następnym poście rozdanie książkowe. 
Życzę Wam miłego weekendu, 
z kawałkiem dobrej literatury w dłoni. 

O książkach mało znanych potrafię opowiadać bardzo długo.
W przypadku literatury ponadczasowej większość mojego zdania
pozostaje w nieskrystalizowanej postaci - w głowie. 
Brak słów z zachwytu, czy może strach przed napisaniem słów
nieodpowiednich? 

piątek, 19 czerwca 2015

#99 Miasto cieni („Bezpieczeństwo można sobie zapewnić na dwa sposoby, sierżancie. Albo wie się wszystko, albo nie wie się nic.”)

Miasto cieni
Michael Russel
384 strony
Wydawnictwo Sine Qua Non
Ocena: 6/10
2015
Za niecałe dziesięć lat bomby Armii Czerwonej zmienią niemiecki Gdańsk w dymiące gruzy. Jedna czwarta jego mieszkańców zginie podczas walk lub zniknie podczas późniejszych deportacji. Nikt nie będzie ich opłakiwał. W końcu to była wojna. A kiedy miasto zostanie odbudowane, jedna niemiecka cegła po drugiej, stanie się polskim miastem i tylko wyglądem będzie przypominało niemiecki Danzig, ktory stał tu wcześniej. Język, którym posługiwano się na ulicach i w budynkach przez ostatnie pięć wieków, zniknie wraz z ludźmi, którzy kiedyś tu żyli. Jednak podczas odbudowy miasta nikt nawet nie pomyśli o tym, by odbudować synagogę.”*

Przydługi cytat, prawda? 
Ale za to w niezwykły sposób oddaje klimat książki, którą miałam okazję poznawać w ostatnich dniach. „Miasto cieni” to lektura, która zaintrygowała mnie okładką, a także umiejscowieniem akcji w latach 30. ubiegłego wieku. Czy znalazłam w niej thriller historyczny taki, o jakim marzyłam? O tym dzisiaj słów kilka. 

* * *

Miasto cieni” to książka otwierająca cykl pt. „Stefan Gillespie”. Choć w czasie tworzenia posta nie natknęłam się na żadne informacje dotyczące kolejnych tomów, to portal LubimyCzytac wskrzesza w nas nadzieję, że w przyszłości będziemy mieć szansę spotkać się z co najmniej jednym bohaterem historii stworzonej przez Michaela Russela. 
Miasto cieni” to bowiem historia, której głównym bohaterem jest wspomniany już Stefan Gillespie - postać o dwóch obliczach. Z jednej strony czuły ojciec, starający się wychować swojego syna, a z drugiej bezwzględny policjant, dla którego nie ma spraw nierozwiązanych. Stefan w trakcie rozwiązywania pewnego incydentu natrafia na Żydówkę - Hannah Rosen. Kobieta, która jest nadzwyczajnie zdeterminowana, by odnaleźć zaginioną przyjaciółkę o imieniu Susan. Choć początki ich znajomości są trudne, ostatecznie połączy ich niezwykła więź, a niepozorne zniknięcie Susan okaże się tylko wierzchołkiem góry lodowej pełnej tajemnic


Miasto cieni” to według mnie książka niezwykle trudna, będąca zapowiedzią burzy, która przeszła nad Europą w postaci II Wojny Światowej. Michael Russel przenosi nas do lat 30. ubiegłego wieku, a więc początków prześladowań Żydów, czasów wielkiego zainteresowania faszyzmem, a także tragicznych konfliktów na tle religijnym. Jednocześnie w całym tym dramacie „The City of Shadows” jest nad wyraz kontrowersyjne. Bardzo głośno mówi się tutaj o skrajnym nacjonaliźmie, pedofilii i homoseksualiźmie wśród księży.Miasto cieni” rzuca ów cień na kościół, w którym pod przykryciem sutanny dzieją się rzeczy nie mieszczące mi się do końca w głowie. 

W kwestii samej intrygi i tego co sprawia, że książkę Michaela Russela nazywamy kryminałem muszę przyznać, że brakuje „wow” - tego, które odczuwa się na widok okładki. Cała historia toczy się bardzo powoli, brakuje iskry charakterystycznej dla kryminału. Najbardziej interesujące dzięki temu stają się opisy, teleportujące nas do lat 30. ubiegłego wieku. Klimat z pewnością został zachowany. Czytelnicy obserwują na tle Dublina, a także Wolnego Miasta Gdańsk dwie główne postaci, dążące do osiągnięcia wspólnego celu, czyli znalezienia winnego. 

Polski czytelnik może szczególnie zwrócić uwagę na klimatyczne opisy Gdańska, a także krótkie nawiązania do całej Polski. Wielką zaletą autora jest również to, że całą fabułę zbudował wokół aktualnych dla tamtego okresu wydarzeń. Po przeczytaniu „Miasta cieni” nadal mam w głowie echa konfliktów angielsko-irlandzkich i postępujący faszyzm, który wówczas tylko wśród nielicznych budził lęk. 

Skłamałabym pisząc, że „Miasto cieni” to książka, którą koniecznie każdy musi przeczytać. Polecam ją jednak fanom klimatycznych opowieści z ubiegłego wieku, którym niestraszne przydługie opisy i rozwlekła fabuła. Polecam ją tym, którym niestraszne są trupy odkopywane po wielu latach i tym, którzy chcieliby zwiedzić ciemne zaułki Dublina i Wolnego Miasta Gdańsk. Na pewno znajdziecie tu coś dla siebie. 

Za egzemplarz dziękuję
Wydawnictwu
Sine Qua Non
.

Michael Russel - w czasie gdy zdecydował się napisać swoją pierwszą powieść, mieszkał już w Irlandii. Pasję do kryminałów połączył z historią Irlandii okresu międzywojennego, o którym słuchał w dzieciństwie. W ten sposób powstało Miasto cieni. Aktualnie mieszka z rodziną w Irlandii, gdzie oddaje się temu, co lubi robić najbardziej - pisaniu książek. [Źródło: okładka]


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
*cytat pochodzi z książki Miasto cieni” (w tytule również)


Czy jest to książka dla Was?
Znajdziecie w niej coś dla siebie? 

Miłego weekendu Wam życzę, 
najlepiej z dobrą książką w dłoni.

środa, 17 czerwca 2015

#1 Spotkajmy się w Rzeszowie. Katarzyna Bonda


Halo, Halo Rzeszów!

Już 18 czerwca o godzinie 18:00 w Księgarni Matras na ulicy Krakowskiej 20 odbędzie się spotkanie autorskie z Katarzyną Bondą. Kto jeszcze nie miał okazji sięgnąć po jedną z jej książek, niech jak najszybciej nadrobi zaległości. 


A kto w swojej kolekcji nie posiada takiego oryginalnego podpisu, już 18 czerwca może to zmienić. Ja za swojej strony gorąco zapraszam!


Miłego Dnia! 


poniedziałek, 15 czerwca 2015

#98 Analfabetka, która potrafiła liczyć („Różnica między głupotą a geniuszem polega na tym, że geniusz ma swoje granice.”)

Analfabetka,
która potrafiła liczyć

Jonas Jonasson
416 stron
Wydawnictwo W.A.B.
Ocena: 7/10
Holger milczał, ale mózg pracował mu na pełnych obrotach. Wszyscy, którzy musieli kiedyś przewozić na pace bombę atomową, znają to uczucie.”*

Choć swoją premierę miała 16 lutego, a jej przeczytanie zaplanowałam sobie już dobre parę miesięcy temu, to plany zamienić w czyn udało mi się dopiero na przełomie maja i czerwca. „Analfabetka, która potrafiła liczyć” nie jest bowiem książką, którą udało mi się „strawić” w jeden wieczór, ale którą smakowałam się rozdział po rozdziale przez dobre pół miesiąca. 

Oryginalnym stylem i humorem Jonasa Jonassona zachwycałam się już przy okazji Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął. Pisałam też wtedy, że jest to książka stworzona do tego, by ją zekranizować, i że czytając ją, uśmiech nie schodził mi z twarzy. 

Subiektywnie rzecz biorąc, pomiędzy tymi dwoma pozycjami jest dużo podobieństw, ale i dużo różnic. Trzeba jednak przyznać, że „Stulatek...” z „Analfabetką...” tworzyliby naprawdę udaną parę. 

* * *

Zacznijmy od tego, o czym (albo o kim) tak naprawdę pisze Jonas Jonasson w swojej najnowszej książce. Tytułową Analfabetką jest Nombeko Mayeki. Niepozorna osóbka, jedna z wielu zajmujących się opróżnianiem latryn w Soweto w RPA. Choć sprawia wrażenie bardzo przeciętnej, to jednocześnie wyróżnia się niebanalnym intelektem. Jest jedną z nielicznych, które potrafią liczyć w Soweto. I to jeszcze jak liczyć. Nombeko Mayeki dzięki swoim zdolnościom udaje się parę razy awansować, oczywiście mówimy tu tylko i wyłącznie o posadzie sprzątaczki, jednak pracując w ściśle tajnych biurach, przyczynia się do stworzenia bomby atomowej, która będzie mieć wpływ na resztę jej życia. 

Nombeko to osoba, którą życie nauczyło, jak radzić sobie w sytuacjach beznadziejnych. A dawać sobie radę można w różny sposób i przy użyciu różnych sprzętów. Czasem trzeba komuś wbić w udo nożyczki, Innym razem trzeba skorzystać z pomocy Chinek, specjalizujących się w tworzeniu podrabianych figurek. Gdy nie ma innego wyjścia, należy spakować swój ubogi dobytek i wyruszyć w podróż do Szwecji. 

To właśnie umiejscowienie akcji w Szwecji i włączenie do fabuły dwóch braci bliźniaków - Holgera 1 i Holgera drugiego nadaje „Analfabetce...” całego smaku. Tutaj właśnie splatają się polityczne wątki, tutaj łączy się głupota jednego z częściową mądrością drugiego. 

Gdyby nie nawiązania historyczne, książka Jonasa Jonassona byłaby totalnie oderwana od rzeczywistości, a tak chociaż jedną nogą trzyma się ziemi. Z „Analfabetką...” jest tak, jak z „Grand Budapest Hotel” Wesa Andersona. Jest kolorowa, przerysowana, zabawna, aż człowiek staje się ciekawy, co czeka go w kolejnej minucie projekcji. Niemniej jednak o ile wyobrażałam sobie ekranizację „Stulatka...”, o tyle nie wyobrażam sobie ekranizacji jego następczyni. Prawda jest taka, że po poznaniu tych wszystkich absurdalnych i oderwanych od realności historii, mam wielki chaos w głowie. 

Być może taki był cel autora.
Wielkim plusem książki są krótkie rozdziały, które zostały połączone w większe części, a te z kolei poprzedzone fantastycznymi cytatami. Przyjazna oczom czcionka nie męczy wzroku, a kolorowa okładka bardzo dobrze wypada na zdjęciach. Jeśli miałabym wybrać pomiędzy „Stulatkiem...” , a „Analfabetką...” to pewnie wybrałabym tego pierwszego, ale jeśli miałabym Wam polecić książki z gatunku komediowych i niebanalnych, to z pewnością w czołówce znalazłyby się książki Jonasa Jonassona. SKĄD on bierze takie pomysły? Nie mam pojęcia, ale zazdroszczę wyobraźni. 



. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
* cytaty pochodzą z książki Analfabetka, która potrafiła liczyć”.
Cytat w tytule autorstwa Alberta Einsteina. 

Więcej zdjęć z książki (lub po prostu - książek) 
na moim Instagramie

Upał (choć dzisiaj na niebie mnóstwo chmur), 
nauka (choć zaliczenia za mną, a egzaminy przede mną). 
Książki na półce się mnożą. 
Jeśli jednak nie macie nic w planach,
polecam Wam Analfabetkę...”. 

Miłego dnia Mole! 

środa, 3 czerwca 2015

Wygrana w konkursie!


Czas na trochę prywaty. 

Wydawnictwo Sine Qua Non organizowało między 18.03, a 30.04 konkurs, w którym w zamian za napisanie recenzji Odłamków można było wygrać m.in. vouchery na zakupy w Empiku, książki i napoje. Głównej nagrody nie zgarnęłam - to fakt, ale moja recenzja została doceniona i takie oto perełki przywiózł mi pewnego popołudnia kurier. 
Z pewnością recenzje tych książek znajdą się na Niebieskiej Obwolucie. 


Dla tych, którzy nie mieli okazji, a mają ochotę poczytać co nieco 
o obsypanym międzynarodowymi nagrodami debiucie literackim

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nowe nabytki:

Dopóki nie zgasną gwiazdy Piotr Patykiewicz

Parafrazując Nikosa Kazantzakisa i jego "piękną katastrofę", można śmiało powiedzieć, że Patykiewicz stworzył piękną apokalipsę. Mroczną, przejmującą, wypełnioną mistycyzmem, a jednocześnie niesłychanie liryczną i mądrą. Zdecydowanie jedna z najciekawszych i najdojrzalszych wizji fantastycznych ostatnich lat.
Mateusz Uciński, Gazeta.pl


Sex, drugs, rock & roll i inne kłamstwa Duff McKagan


Duff McKagan nie pisze uładzonej autobiografii. Serwuje nam soczystą historię o twardej szkole życia, którą z powodzeniem ukończyć mogło niewielu. Przewijają się w niej opowieści o trudnej przyjaźni ze Scottem Weilandem ze Stone Temple Pilots czy zadziwiającym spotkaniu z Kurtem Cobainem w przededniu jego śmierci. McKagan mówi o swoich przygodach bez ogródek – jego chlebem powszednim były narkotyki, alkohol, burzliwe życie erotyczne… ale także surowa muzyka i światowe uznanie prowadzące do ostrych tarć wewnątrz Guns N’ Roses. Czy tego szukał? I co odkrył na końcu tej drogi?
Lubimyczytac.pl

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Jesteście zaciekawieni tymi książkami?
JA BARDZO!
Miłego długiego weekendu!

P.S. Czytam Miasto cieni
co za klimat!

poniedziałek, 1 czerwca 2015

#12 Podsumowanie maja | Zapowiedzi na czerwiec

Znalezione na tumblr

Moi Drodzy, 
zepsułam się. Maj okazał się bardzo zabieganym miesiącem, w czasie którego udało mi się sięgnąć tylko po 2 książki. Oprócz tego, wzięłam udział w WTK, czyli Warszawskich Targach Książki, zdobyłam autograf E.E. Schmitta i K. Bondy i zostałam wchłonięta przez obowiązki na uczelni. Sesja się zbliża (Studenci, wiecie o czym mówię), dlatego czas na książkowe przyjemności odkładam na później. 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 


Wszystkich zainteresowanych relacją z Targów, odsyłam tutaj. Choć emocje opadły, to pozostały fantastyczne wspomnienia. 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 

 

Oto i one, dwie majowe zdobycze. Za pierwszą z nich bardzo dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non. 
Godne polecenia, warte tego, by poznało je szersze grono odbiorców, choć jednocześnie bardzo od siebie różne. Na Zygmuncie Miłoszewskim się nie zawiodłam, a Shaun Usher pozytywnie mnie zaskoczył. 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 

Plany na czerwiec - jak zwykle ambitne. Priorytetem są dwie nowości od Wyd. SQN: 

Czytelnicza ślina cieknie, gdy patrzę na to zdjęcie.

Gdy tylko skończę Analfabetkę, która potrafiła liczyć Jonasa Jonassona, zabieram się za Miasto cieni. Królewską historię pozostawiam na deser. Będę się nią smakować bardzo długo, bo kocham Queen. Gdyby wśród tych nowości zawieruszyła się gdzieś nowa książka Stephena Kinga, wypełniłabym swoją radością całe osiedle. 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 

Dziękuję za Waszą dotychczasową obecność i zapraszam do odwiedzania Niebieskiej Obwoluty w czerwcu. Zbliża się #100 post i z tej okazji planuję zorganizować książkowe rozdanie. Bądźcie czujni! Życzę Wam dużo dziecięcej energii, słońca, uśmiechu na twarzy i przede wszystkim cudownych książek. 

Jeśli chcecie być na bieżąco: 


Czerwiec uważam za rozpoczęty!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...