poniedziałek, 4 maja 2015

#95 Charlotte („Leżę na wielkiej kanapie w salonie swojego apartamentu, wpatrując się w panoramę pięknego Londynu.”)


Charlotte
Wioleta Strzelczyk
139 stron
Wydawnictwo: Novae Res
Ocena: 3/10
Myślę, że każdy człowiek może indywidualnie przeżyć koniec świata, koniec własnego świata, to się dzieje codziennie, a mimo to życie toczy się dalej, świat nawet tego nie zauważy, bo dla każdego znaczy to co innego.”*

Charlotte. Wioleta Strzelczyk właśnie tak postanowiła nazwać swoją krótką książeczkę wydaną pod skrzydłami wydawnictwa Novae Res. Dlaczego „Charlotte” i dlaczego tak mało stron? Charlotte, bo tak ma na imię główna bohaterka. Jednak na drugie pytanie już dłuższy czas szukam odpowiedzi i jest to bardzo trudne. Może nawet niemożliwe. Coś mi w tej książce nie pasuje. Można w niej znaleźć wszystko i nic. Co skłoniło Wioletę Strzelczyk do stworzenia postaci, która z góry nie może zyskać sympatii czytelnika? Postaram się na to pytanie odpowiedzieć w dzisiejszym poście. 

Charlotte to młoda kobieta, która niedawno ukończyła studia i wraz ze swoim przyjacielem założyła firmę, dzięki której zdobyła upragnioną pozycję zawodową, szacunek, pieniądze, a nawet pozornie szczęśliwy związek u boku przystojnego mężczyzny. W momencie zarysowania fabuły jedyne co pozostaje nam - szarym, zwykłym czytelnikom - to krwiożercza zazdrość i niedowierzanie, przecież takie rzeczy nie mają miejsca w codziennym życiu? Fikcja literacka pozwala jednak na dużo, dużo więcej. Kiedy Charlotte zostaje zdradzona przez swojego chłopaka Ryana, jej świat ulega zniszczeniu. Zbliżenie się do prostego mężczyzny, będącego dostawcą pizzy, a także przywrócenie utraconej wiary w Boga pozwala bohaterce odmienić spojrzenie na swoje życie. Powstrzymuję się od dłuższej chwili, by nie napisać, że wnętrze tej kobiety doznaje cudownego oświecenia i pod wpływem chwili jej dusza przechodzi ewolucję...

Tak jak „śpiewać każdy może”, tak pisać niekoniecznie. O ile sam pomysł autorki na wykreowanie bohaterki nieziemsko pięknej, nieziemsko bogatej, żyjącej pod kloszem mógł się jeszcze obronić, to cała otoczka a'la „cudowna przemiana”, „cudowne przywrócenie wiary w boga”, „cudowne odnalezienie w swojej duszy filantropa” jest zwyczajnie przerysowane i nieznośne. Wioleta Strzelczyk w swojej książce zmieszała wszystkie pierwsze lepsze pomysły, które przyszły jej do głowy i stworzyła utwór o kobiecie złej, która staje się dobra, by na końcu zostawić czytelnika ze znakiem zapytania i zdziwionym spojrzeniem: „To naprawdę koniec?”.


Tak, to naprawdę koniec. 140 stron na których jeszcze raz ktoś przypomniał nam, że „pieniądze szczęścia nie dają” - choć powszechnie wiadomo, że nieszczęśliwa Charlotte prezentowała się dużo lepiej w swoim apartamentowcu, niż bezdomny pod supermarketem. Infantylne było zachowanie Charlotte na początku książki, gdzie nie widziała nic prócz własnego nosa, ale równie mało wiarygodna i wątpliwa była jej nagła przemiana. Uwierzcie mi, bardzo ciężko czyta się o bohaterce, której się nie darzy nawet w najmniejszym stopniu zaufaniem. Nie ufam Charlotte, bo jej postać to marna aktorka na deskach spalonego teatru, która przybrała rolę kobiety ze złamanym sercem szukającym pocieszenia w pozornym pomaganiu innym. 

Ostatnia rzecz, która bardzo zraziła mnie do tej książki to miejsce akcji. Nasza bohaterka mieszka w Londynie, który całkowicie został pominięty i pozbawiony jakiegokolwiek opisu. Wiemy jedynie to, że Charlotte posiadała cudowny widok z okna swojego mieszkania. Teoretycznie mogła mieć cudowny widok z okna w większości europejskich stolic. Czemu akurat Londyn? 

Naprawdę chciałam znaleźć w tej książce coś dobrego. Okładka, która przykuła moją uwagę i zwiastowała coś ciekawego okazała się tylko wędką, na którą zostałam złowiona. Amatorstwo, infantylizm i niewykorzystany pomysł. Nie polecam. 

Za możliwość przeczytania
dziękuję dwumiesięcznikowi literackiemu
Sofa. 
... oraz wydawnictwu Novae Res. 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
* cytat pochodzi z książki Charlotte”.

Weekend majowy upłynął mi wyjątkowo bez książki w dłoni. 
A Wy co czytaliście? 

Miłego dnia! 

6 komentarzy:

  1. Jakoś nie przepadam za książkami tego wydawnictwa, wiele razy się zraziłam..

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie to wydawnictwo też zaczyna coraz bardziej absorbować. Parę razy trafiłam na perełki, ale praktycznie cały czas mnie zraża - oby się poprawili, bo będę musiała zerwać z nimi współpracę.
    http://chcecosznaczyc.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze swojej strony mogę przyznać, że podobała mi się książka "Klucz" Elżbiety Wardęszkiewicz. W swoim czasie ujęła mnie także "Spowiedź - tom I" Niny Reichter (obydwie od Novae Res). Niestety "Charlotte" to całkowicie nie moje klimaty, a szkoda... Takie pozycje zrażają człowieka wobec wydawnictwa.

      Usuń
  3. Żeby trafiś na dobrą książkę od NovaeRes trzba mieć szczęście. Jakoś przekonanado Charlotte nie jestem i ją sobie odpuszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda, że lektura Ci nie podeszła. Rozczarowania są najgorsze.

    OdpowiedzUsuń
  5. O rany, co za paskuda! Wcale mi się nie podoba, masz rację - nie polecenie to najlepsze co można zrobić :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...