sobota, 28 lutego 2015

#84 Nowa Ziemia („Chcieli tej apokalipsy. Chcieli końca świata.”)

Nowa Ziemia
tom 1 | cykl: Świat po wybuchu
Julianna Baggott
472 strony
Wydawnictwo: Egmont
Ocena: 7/10
Każdy z nas ma do opowiedzenia tego rodzaju historię. To oni nam to zrobili. Nie było żadnego zewnętrznego agresora. Chcieli tej apokalipsy. Chcieli końca świata. I doprowadzili do niego. Wszystko było zaplanowane - kto dostanie się do Kopuły, a kto nie. Istniała lista wybrańców. Nas na niej nie było. Zostawili nas tutaj na śmierć. Chcą nas unicestwić, wymazać przeszłość - ale nie pozwolimy na to!”*

Czy Julianna Baggott jako pierwsza szukała w swej książce odpowiedzi na pytanie, co się stanie z ludźmi, gdy ziemia zostanie dotknięta wielką katastrofą? Z pewnością nie. Ale nurt postapo lub po prostu postapokaliptyczny nie został jeszcze wyczerpany. Apokalipsa na zawsze pozostanie tematem na czasie, bo budzi w nas lęk i ciekawość jednocześnie. Julianna Baggott łączy kryzys w dziejach ludzkość z wielkim wybuchem. „Nowa Ziemia” czyli książka inspirowana atakiem atomowym na Hiroszimę i Nagasaki na pewno Was zaintryguje...

* * *

Cykl Świat po wybuchu: Nowa Ziemia | Nowy Przywódca | Burn (brak polskiej wersji).

Tak prezentuje się trylogia Julianny Baggott, która odniosła niemały sukces na światowych rynkach wydawniczych, bo została przetłumaczona na 20 języków. „Nowa Ziemia” to opowieść o tym, co stanie się na zamieszkanym przez nas lądzie po wielkiej katastrofie. W powieści amerykańskiej autorki część ludzi została pozostawionym samym sobie, a część znalazła schronienie w Kopule - swego rodzaju schronie, bo warto pamiętać o tym, że zagłada która spotkała te biedne, nieświadome jednostki była nuklearnym atakiem, w wyniku którego część ludzi miała przeżyć w doskonałych warunkach, a pozostali wręcz przeciwnie. Nuklearny atak objawił się oślepiającym blaskiem i powiewem wiatru, po którym nastąpiła jedna wielka masakra. Większość spoza Kopuły zginęła na miejscu, a ciała niedobitków zostały zmieszane (dosłownie) z rzeczami  czy stworzeniami, które ich otaczały, dlatego jedni mieli przyrośnięte do pleców, trzepoczące skrzydła ptaków, drudzy przyklejone na zawsze do dłoni zabawki, a niektórzy ludzie, na przykład matki z dziećmi, zostały ze sobą na zawsze połączone.

To o czym opowiadam, to nic innego jak obraz świata po apokalipsie, który zrodził się w wyobraźni Julianny Baggott. Jest to krajobraz krwawy, drastyczny i nieznający litości. „Nowa Ziemia” jest przerażająca, smutna, a momentami nawet niesmaczna. Stanowi skrajny obraz tragedii i zniszczenia ludzkości.

Choć głównym bohaterem pierwszego tomu tego cyklu zdaje się być świat, to na pierwszym planie zostały umiejscowione bardziej ludzkie postaci takie jak szesnastoletnia Pressia, jedna z nielicznych ocalałych na zniszczonym lądzie, a także Patridge - „chłopak spod Kopuły. Jest także kilka innych bohaterów, ale to właśnie ta dwójka przyciąga nasz wzrok, bo mimo że są od siebie tak różni, to muszą złączyć swoje siły, by przeciwstawić się niesprawiedliwości i walczyć o przetrwanie.

Wykazałam się ogromną cierpliwością do czasu, aż sięgnęłam po „Nową Ziemię”. Bardzo długo polowałam na nią w bibliotece, a gdy w końcu nadarzyła się możliwośćprzeczytania jej, nie wahałam się ani chwili. Mój entuzjazm został jednak z czasem ugaszony. To, co wiem na pewno, to fakt że bohaterowie, których spotkałam w tej książce zostali zdominowani i przysłonięci przez świat, który ich otaczał. Brakowało mi w powieści Julianny Baggott ich osobistych emocji.

Martwi mnie fakt, że drugi tom cyklu czyli Nowy Przywódca został wydany 8 maja 2013 roku i nastąpiła po nim pustka, czarna dziura, czy nicość - jak kto woli. Mam na myśli to, że nie widać, ani nie słychać trzeciego tomu. Czy zatem warto sięgać tylko po dwie części tej trylogii? Musicie sobie sami odpowiedzieć na to pytanie. Ja ze swojej strony powiem, że „Nowa Ziemia” jest książką dobrą. Ani bardzo dobrą, ani bardzo złą. Istnieje w niej kilka rzeczy, które bym poprawiła, ale zdecydowanie to zalety dominują nad wadami. Jeśli nadal zastanawiacie się, czy warto po nią sięgnąć, powiem z czystym sumieniem tak. Pamiętajcie jednak, że być może po jej przeczytaniu, będziecie tak jak ja potrzebowali chwili odpoczynku od postapokaliptycznego świata.


. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
* cytat pochodzi z książki Nowa Ziemia”.


Jest tu ktoś, kto czytał książkę Julianny Baggott? 

środa, 25 lutego 2015

#Zapowiedź: Klucz

Klucz
Elżbieta Wardęszkiewicz
426 stron
Wydawnictwo Novae Res
Wspólnie z dwumiesięcznikiem literackim Sofa mam przyjemność zapowiedzieć Wam nie tyle książkę (bo pewnie trochę czytelników zdążyło ją poznać), lecz recenzję powieści Elżbiety Wardęszkiewicz pod tytułem Klucz. Recenzja, o której wspomniałam zostanie opublikowana na blogu Niebieska Obwoluta w pierwszym tygodniu marca, a ja już nie mogę się doczekać, kiedy wezmę tę książkę w swoje ręce. 

O czym jest Klucz

Mela od wczesnego dzieciństwa była bita przez ojca, który w młodości przeszedł przez piekło obozu koncentracyjnego. Trudne doświadczenia życiowe dziewczyny oprócz traumy, którą pozostawiły, sprawiły jednocześnie, że na wiele rzeczy została zahartowana. Głęboko do serca wzięła sobie słowa matki: „Zapamiętaj na całe życie. Licz tylko na siebie. Wtedy nigdy się nie zawiedziesz. To jest klucz do sukcesu”. Mela starała się żyć według tego przesłania, jednak życie – choć pasjonujące – nigdy nie miało jej rozpieszczać.
Tak o książce Elżbiety Wardęszkiewicz pisze samo wydawnictwo Novae Res. Chciałabym zasięgnąć Waszej opinii. Czytaliście Klucz? Jeśli tak, to co sądzicie o tej książce? Jeśli nie, sięgnęlibyście po nią? 

wtorek, 24 lutego 2015

„Ależ on jest podobny do mojego wuja Oscara!” Nagroda Akademii Filmowej 2015 / część 2

Oscary rozdane. 
Jeśli zapytacie mnie, czy dotrwałam do relacji wprost z Dolby Theatre, odpowiem że nie, bo nie mogłam ryzykować, że w poniedziałek obudzę się martwa lub też nie obudzę się wcale. Gratulacje dla Idy, która zmiażdżyła konkurencję. Dzisiaj przychodzę z drugą i ostatnią porcją oscarowych produkcji. Niestety bez Selmy, której polska premiera została wyznaczona dopiero na 10 kwietnia 2015 roku. Najpierw jednak jeszcze raz prześledźmy, kto w tym roku posiadł statuetkę będącą marzeniem setek twórców i artystów. 

Najlepszy film:  B i r d m a n
Najlepszy aktor pierwszoplanowy: Eddie Redmayne (Teoria Wszystkiego)
Najlepsza aktorka pierwszoplanowa: Julianne Moore (Still Alice)
Najlepszy reżyser: Alejandro Gonzales Innaritu (Birdman)
Najlepszy film nieanglojęzyczny: Ida
Najlepszy aktor drugoplanowy: J.K. Simmons (Whiplash)
Najlepsza aktorka drugoplanowa: Patricia Arquette
Najlepsza piosenka filmowa: Glory
Najlepszy scenariusz oryginalny: Birdman
Najlepszy pełnometrażowy film animowany: Wielka Szóstka
Najlepsza muzyka filmowa: Grand Budapest Hotel
Najlepsze zdjęcia: Emmanuel Lubezki (Birdman)
Najlepsze efekty specjalne: Interstellar
Najlepszy scenariusz adaptowany: Gra Tajemnic
Najlepsza charakteryzacja: M. Coulier / F. Hannon (Grand Budapest Hotel)
Najlepszy montaż: T. Cross (Whiplash)
Najlepsze kostiumy: M. Canonero (Grand Budapest Hotel)
Najlepszy montaż dźwięku: B. Asman / A. R. Murray (Snajper)
Najlepsza scenografia: A. Pinnock / A. Stockhausen (Grand Budapest Hotel)
Najlepszy dźwięk: C. Mann / B. Wilkins / T. Curley (Whiplash)

Zwyciężył rozum nad sercem. Kto czytał ostatni post, wie o czym mówię (kto nie, zapraszam tutaj). Dzisiaj zacznę od filmu, który skradł moje serce, i o którym myślałam na długo po seansie. 

znalezione na: hdwallpapersimages.com
W h i p l a s h  
reż. Damien Chazelle
5 nominacji
premiera w Polsce 02/01/2015

Film, który spośród wszystkich oscarowych nominacji wywarł na mnie największe wrażenie. Autentycznie, po obejrzeniu go czułam dreszcze na całym ciele, a muzykę słyszałam jeszcze na długo po upłynięciu napisów końcowych. Whiplash to historia ambitnego perkusisty o imieniu Andrew (Miles Teller), który pragnie wspiąć się na wyżyny kariery muzycznej. Na jego drodze staje nauczyciel - Terence Fletcher (J. K. Simmons), który wcale nie zamierza stać się jego przewodnikiem, opiekunem i nie planuje trzymać go za rękę, pokonując trudne ścieżki na szczyt. Fletcher to silny charakter, który potrafi zniszczyć największe muzyczne marzenia swoimi ambicjami. Czy wyrządził taką krzywdę również głównemu bohaterowi? Musicie koniecznie poświęcić swój czas na ten film. Szkoda tylko, że okazał się zbyt muzyczny, by zgarnąć Oscara. (9/10) 

znalezione na: americansnipermovie.com
A m e r i c a n  S n i p e r 
reż. Clint Eastwood
6 nominacji
premiera w Polsce 20/02/2015

Film, który obejrzałam jako ostatni, mając przed oczami obraz innych nominowanych produkcji. Nie wiedziałam czego się po nim spodziewać, nie znałam historii życia Chrisa Kyle'a (Bradley Cooper), który zyskał sławę najlepszego snajpera w historii elitarnej. American Sniper z pewnością odsłania przed nami kulisy służby w Iraku, jest dokładnym odzwierciedleniem przemiany człowieka oraz tego jaki wpływ na jego psychikę mają ogromne przeżycia. W filmie Eastwooda znalazło się miejsce na odwagę, determinację, wytrwałość, miłość, ale i na strach pomieszany z zagubieniem. 
American Sniper to film dobry, a może i nawet bardzo dobry, jednak mógł zostać doceniony w szczególny sposób tylko i wyłącznie w innym miejscu i innym czasie. Rok 2015 przyniósł mnóstwo filmów, który przyćmiewają jego blask i chwałę. Niemniej jednak warto go obejrzeć, by na końcu się wzruszyć, tak jak ja się wzruszyłam. (8/10)

znalezione na: tvp.pl
T e o r i a  W s z y s t k i e g o 
reż. James Marsh
5 nominacji
premiera w Polsce 30/01/2015

Miało być oryginalnie, bez wzdychania, że to kolejny film biograficzny. A jak wyszło naprawdę? Z The Theory of Everything zapamiętałam przede wszystkim uroczą Jane Hawking (Felicity Jones), która na ekranie miała w sobie równie olbrzymie pokłady siły, co uroku. Choć film Jamesa Marsha wciąga, to tuż po jego obejrzeniu dochodzi do nas, że reżyser wcale nie skupił się na geniuszu głównego bohatera, ale na życiu rodzinnym i codziennych problemach, tak jakby oglądanie rutynowej egzystencji Stephena Hawkinga było o wiele ważniejsze od jego talentu i wiedzy. A przecież każdy z nas wie, że tak nie jest. Brakowało mi w tym filmie nauki, a oryginalne spojrzenie na postać tego naukowca (przez pryzmat ogniska domowego), nie do końca do mnie przemówiło. Eddie Redmayne niezależnie od scen, w których musiał zagrać pokazał jednak, że potrafi oswoić swoje aktorskie kalectwo. (7/10)

A teraz wracamy do książkowej codzienności, 
już niebawem Nowa Ziemia Julianny Baggott, 
a także Napój Miłosny Schmitta. 
Na co czekacie bardziej? 

środa, 18 lutego 2015

„Ależ on jest podobny do mojego wuja Oscara!” Nagroda Akademii Filmowej 2015 / część 1


Za punkt honoru w 2015 roku postawiłam sobie obejrzenie obejrzenie wszystkich produkcji nominowanych w kategorii Najlepszy Film do Nagrody Akademii Filmowej. 
Jest to nie lada wyzwanie, jednak muszę przyznać, że idzie mi całkiem nieźle. Do obejrzenia został mi tylko Snajper, Selma oraz Teoria Wszystkiego, o których opowiem Wam już niebawem. 

Moim marzeniem jest móc przewidzieć, który film w tym roku w Dolby Theatre odbierze zasłużoną statuetkę, jednak mam też świadomość, że sposób w jaki odebrałam te filmy jest mocno subiektywny, a co więcej jestem pewna, że może znacznie rozmijać się z ostatecznym głosowaniem na kandydatów. 

Moim głównym celem jest sprowokowanie pewnej dyskusji na temat przedstawionych produkcji. Co oglądaliście? Co planujecie oglądać? I czy czekacie na rozdanie Oscarów, odliczając dni, tak jak ja...

źródło: filmweb
Są sobie cztery filmy. A to tylko połowa spośród nominowanych. Każdy jest inny i nie sposób ich schować w tej samej szufladzie. Mam nieodparte wrażenie, że tegoroczny pakiet filmów jest dużo bardziej kolorowy (nie mam tu na myśli wyłącznie Grand Budapest Hotel), niż ten z ubiegłego roku, a co za tym idzie jest w czym wybierać i nad czym się głowić. Czy wśród nich znajduje się jednak coś na miarę na przykład Forrest Gumpa? Chyba niezupełnie

znalezione na: moviesroom.pl
G r a  T a j e m n i c 
reż. Morten Tyldum
8 nominacji
premiera w Polsce: 16/01/2015

Film, który kazał na siebie czekać bardzo długo. Właściwie to, co jako pierwsze kojarzy mi się z Grą Tajemnic, to wielokrotnie przekładana data premiery w Polsce. Fabuła tej produkcji opowiada historię angielskiego matematyka i logika Alana Turinga (Benedict Cumberbatch), który w czasie II wojny światowej łamie wraz z grupą naukowców kod Enigmy
Gra Tajemnic to film, który mnie rozczarował. W czasie oglądania dotarło do mnie, że czuję się trochę oszukana, tym co przynoszą kolejne sceny filmu. Już teraz wiem, że przewrotny tytuł, a właściwie ujęcie tajemnicy w liczbie mnogiej, wskazuje na to, że złamanie kodu Enigmy, po pierwsze nie jest jedyną tajemnicą, a jak się okazuje nie jest najważniejszą tajemnicą u tego kandydata do Oscara. 
Alan Turing - choć zasłużony ze względu na swoje osiągnięcia naukowe w latach 50., to jednocześnie potępiony za swoje skłonności homoseksualne, skazany na kastrację chemiczną, a ostatecznie gotowy popełnić samobójstwo. 
Gra Tajemnic jest filmem, któremu brakuje błysku, czyli czegoś, co wyróżniałoby go spośród innych produkcji. Choć miło jest spojrzeć na Benedicta Cumberbatcha w roli innej niż ukochany przez widzów Sherlock, to jednak to za mało, by nazwać ten film godnym Oscara. 
To, co znajdziecie w Grze Tajemnic, to świat w połowie XX wieku, nietolerancja mniejszości seksualnych, niedocenianie geniuszu kobiet, którego pięknym uosobieniem w filmie jest Joan Clarke (Keira Knightley), no i oczywiście brak jakiegokolwiek wspomnienia o polskich naukowcach, którzy przyczynili się do złamania kodu Enigmy. Nie mam z tego powodu jednak żadnych kompleksów
Gra Tajemnic nie wywołała u mnie żadnych emocji. Ot, film na niedzielne popołudnie. Są jednak inne, które poleciłabym Wam z czystszym sumieniem. (6/10)

znalezione na: mamytatytematy.pl
B i r d m a n 
reż. Alejandro González Iñárritu
9 nominacji
premiera w Polsce 23/01/2015

Uwielbiam plakat Birdmana. Przypomina mi filmy stworzone nie po to, by być sztuką dla sztuki, ale po to, by zapaść w umysły widzów na dłużej
Już sam początek zwiastuje coś dobrego: 
And did you get what you wanted from this life, even so? 
I did. 
And what did you want?
To call myself beloved to feel myself beloved on the earth
Słowa, które spokojnie możemy nazwać mottem rozpoczynającym Birdmana. Podobnie jak werble, które mało tego, że stanowią jedyną ścieżkę dźwiękową tego filmu, to ze spokojnych dźwięków, proporcjonalnie z upływem czasu, zmieniają się w dzikie, chaotyczne uderzenia basisty. O czym jest Birdman? O historii pewnego zapomnianego aktora Riggana Thompsona (Michael Keaton), który w końcu chce przestać być utożsamiany ze swoją jedyną życiową rolą tytułowego Birdmana i przez cały film próbuje udowodnić, że zasługuje na sławę. Ostatecznie ma mu ją przynieść najnowsza sztuka teatralna. 
Jest w tym filmie coś, co przyciąga. Riggan walczy ostatkami sił z zaszufladkowaniem, a przy tym wspomina owiane triumfem nazwiska największych amerykańskich sław z pewną zazdrością i żalem, że sam nie znajduje się w tym zestawieniu. Dla sławy i przypomnienia własnej osoby widzom jest w stanie zrobić wszystko, co jest i komiczne i tragiczne. Wiele scen Birdmana zostało nakręconych na deskach teatru, co podoba mi się jeszcze bardziej. 
Choć jednak doceniam wszystko, co może sprawić, że inni postrzegają ten film jeszcze przed rozdaniem jako pewnego zwycięzcę (czego dowodem są wszystkie wymienione zalety), to jednocześnie uważam, że to wszystko niekoniecznie jest w moim guście. Bliższy memu sercu jest Grand Budapest Hotel, czy Boyhood - o czym opowiem za chwilę. (7/10)

znalezione na: jestkultura.pl

G r a n d  B u d a p e s t  H o t e l 
reż. Wes Anderson
9 nominacji
premiera w Polsce 28/03/2014

Była tragikomedia, to teraz czas na komedię kryminalną. Wadą filmu Grand Budapest Hotel, choć niedosłowną, jest fakt, że obejrzałam go ponad pół roku roku, a jako że jestem tylko człowiekiem, większość myśli, które towarzyszyły mi podczas seansu zapomniałam. Właściwie, gdy ujrzałam film Wesa Andersona wśród nominacji, przeszła mi przez głowę myśl Chwila, chwila, ja już go widziałam, skąd on się tu wziął? Gdy jednak pamięć mi wróciła, stwierdziłam, oto właściwy film na właściwym miejscu
Jest sobie konsjerż hotelu (Ralph Fiennes), jego protegowany Zero (Tony Revolori), a także oskarżenie, jakoby dla zysku Pan Gustave H. miałby zabić Madame D. (Tilda Swinton). Historia banalna, ale tak cudownie opakowana, że zapiera dech w piersiach. 
Gdzieś pomiędzy kolejnymi scenami ogarnęła mnie tęsknota za tak kolorowym, symetrycznym, zagospodarowanym w nawet najmniejszej części światem. Odczuwam głód tego typu filmów i chcę więcej. Dlaczego więc nie obejrzeć go jeszcze raz? (8/10)

znalezione na: lincolnplazacinema.com

B o y h o o d 
reż. Richard Linklater
6 nominacji
premiera w Polsce 29/08/2014

Życie przeniesione do kina i kino przeniesione do życia, czyli historia pewnego chłopca o imieniu Mason od piątych do osiemnastych urodzin. To, co najbardziej zdumiewa w produkcji Boyhood, to że prace nad przedsięwzięciem zajęły łącznie ponad 10 lat, bowiem Mason, czy miał pięć, dziesięć, czy też piętnaście lat, był grany przez tego samego aktora (Ellar Coltrane). Ktoś, gdzieś, kiedyś wymarzył sobie film, w którym aktorzy będą się zmieniać wraz z upływającym czasem i nie będą przez to zastępowani przez starszych zawodowców. Możemy mu tylko za to podziękować. 
Boyhood to proza życia, a według mnie siła w prostocie. Nie ma tu żadnego punktu kulminacyjnego, zwrotu akcji, ale jest zwyczajna rutyna. Życie z siostrą, która dokucza na każdym kroku. Z matką, która zmienia partnerów. Życie pod presją przeprowadzek, wyboru szkół i można by tak wymieniać bez końca. Dla osób, które nie szukają fajerwerków i potrafią docenić normalność, ta produkcja jest idealna. (9/10)

I tym sposobem rozum podpowiada zwycięstwo Birdmana
a serce filmu Boyhood
Co o tym sądzicie? 


poniedziałek, 16 lutego 2015

English Matters 50/2015

* * *
Wiem, wiem. Większość z Was przeczytała już najnowszy numer English Matters. Ja dopiero niedawno miałam okazję kupić i przeczytać 50 wydanie magazynu dla uczących się języka angielskiego.  Oto co ciekawego w nim znalazłam. 


Choć to dopiero drugi magazyn English Matters zakupiony przeze mnie, to starsi czytelnicy mogą razem z najnowszym wydaniem obchodzić imponujący jubileusz. 50 numer English Matters to czas na podsumowania i dość długi list od redakcji
English Matters to magazyn istniejący od 2006 roku. Jego fanpage na Facebook'u istnieje od 2010 roku, a teraz czytelnicy mogą razem z redakcją współtworzyć to czasopismo. W 50 wydaniu mieliście okazję wziąć udział w dwóch konkursach. Mam nadzieję, że możliwość wygrywania wydań i prenumerat English Matters stanie się teraz stałym punktem tego czasopisma. 


Okładka najnowszego numeru English Matters przedstawia księżną i księcia Cambridge wraz z małym synkiem. Artykuł z działu People and Lifestyle nawiązując do tego, że księżna Kate spodziewa się kolejnego dziecka, wspomina jak Kate Middleton poznała Williama, porównuje ją do matki Williama czyli Diany, a także opisuje jak primogenitura wpłynęła na ukształtowanie się obecnej władzy w państwie. 


Jedyny wywiad w 50 numerze English Matters, który dotyczy pracy w Departamencie Stanu, a który znajdziecie już na 11 stronie. Nie jest to artykuł, który może zainteresować wszystkich, ale z pewnością można tu znaleźć bardziej wymagające słownictwo. Poza tym About the US Department of State pokazuje, że EM jest bardzo wszechstronny jeśli chodzi o tematykę tekstów. 


Każdy z nas szukał, bądź będzie szukał sposobu na to, by ułatwić sobie naukę. Kto z nas nie korzystał kiedyś z pomocy karteczek samoprzylepnych, oklejając nimi każdy kawałek swojego biurka? Artykuł Making Learning Easier poleca nagrywanie wykładowców i lektorów na dyktafon, korzystanie z tabletu zamiast noszenia mnóstwa książek, czy nawet używanie z interaktywnego długopisu, który zapisuje nasze notatki w formie cyfrowej
Jak się okazuje, czasami jedynym rozwiązaniem jest więzienna kula, która przykuwa nas do siedzenia na kilka godzin. Niestety nic nie jest w stanie pomóc nam w nauce tak, jak prawdziwa i szczera chęć. 


Nie sądziłam, że w English Matters znajdę również artykuł o książce 50 twarzy Greya, a właściwie jej ekranizacji. Nie jestem zwolenniczką tego typu Blockbusterów, które nic nie wnoszą do historii kina, prócz stanu podniecenia u najmłodszych widzów. Grey Uncovered wspomina jak narodziła się trylogia autorstwa E.L. James oraz opisuje genezę całego sukcesu serii książek. Mało kto zdaje sobie sprawę z faktu, że korzenie powieści E.L. James sięgają Zmierzchu Stephenie Meyer. 


English Matters w artykule University with a Soul w dziale Culture przygląda się kilku starszym uniwersytetom ze Szkocji, Walii oraz Irlandii. Która uczelnia jest gloryfikowana przez autorów artykułu? Oczywiście ta, na której studiowała księżna i książę Cambridge, czyli St Andrews. Drugą ważną dla Szkocji placówką oświaty jest University of Edinburgh. W Walii znajdziemy Cardiff oraz Aberystwyth University, a na przykład w Irlandii, Trinity College, o którym więcej możecie poczytać w najnowszym numerze EM. 


Wstyd się przyznać, ale nie znałam wcześniej piosenki American Pie. Interpretacja tekstów piosenek w języku polskim przysparza mi często wiele problemów, a co dopiero w języku angielskim. Oby więcej takich artykułów, dzięki którym mam co nucić pod nosem. 
So bye, bye Miss American Pie



Artykuł z działu Language, choć zawiera intrygujące obrazki, to uświadamia nam, że język angielski jest usiany mnóstwem idiomów, które zawierają imiona. English Matters rzuca światło na to, dlaczego Larry was always so happy i skąd wziął się Uncle Bob


Pamiętacie 49 numer English Matters, a w nim Pekin? Tym razem przenosimy się do jednej z europejskich stolic, a mianowicie do Amsterdamu. Z czym kojarzy nam się Holandia? Jednym z serami, innym z marihuaną, a ja Wam powiem, że o wielu tajemnicach Amsterdamu nie macie pojęcia. Polecam Wam ten artykuł, bo dział Travel nigdy nie zawodzi i z przyjemnością się do niego powraca


Zbliżając się do końca 50 numeru magazynu, znajdziemy kilka interesujących porad. Wśród nich na przykład słownictwo przydatne podczas wyjazdu w góry zagranicę. Jak zameldować się w hotelu? Jak wypożyczyć sprzęt? Co przyda nam się, kiedy będziemy w kolejce liniowe? Zdawać by się mogło, że same proste rzeczy, jednak w kontakcie face to face, mogą sprawić duże problemy. 


Na koniec artykuł Annual Celebration z działu Leisure. Co świętujemy co roku? Dlaczego? I jak świętujemy? Czy naprawdę lubimy powracać do tych samych rocznic? 
Na te pytania znajdziecie odpowiedź w English Matters.


Do najlepszych artykułów tego numeru zaliczyłabym:
Making Learning Easier, American Pie oraz Dizzying Amsterdam. 
Do najgorszych: Grey Uncovered. 
Wewnątrz znajdziecie także wkładkę 
z budową Phrasal Verbs.

A Wy, 
co najlepiej wspominacie z tego wydania English Matters? 

Miłego tygodnia!

sobota, 14 lutego 2015

#10 Między książkami. Różne ujęcia Miłości


Na początku lat 90. Walentynki uznawało jakieś 30 procent Polaków. Ile ich jest teraz? Dwa razy więcej? A może to Antywalentynki mają więcej zwolenników i są coraz bardziej popularne? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, wiem jednak, że gdybyśmy naprawdę chcieli, to prawie w każdej książce natkniemy się na słowo miłość - czy to w kontekście płomiennych romansów, czy matczynego uczucia. Dzisiaj chciałabym Wam pokazać kilka książek traktujących o miłości w całości lub tylko po części. 
Dlaczego właśnie te? 
Dlatego, że aby je Wam pokazać, nie musiałam się fatygować do biblioteki, bo wszystkie należą do mnie. Dlatego, że prawie wszystkie przeczytałam (wyjątkiem jest Panienka z okienka Deotymy). Oraz dlatego, że bardzo się od siebie różnią. 
Zacznijmy więc od początku: 

Antologia Konstanty Ildefons Gałczyński
Panienka z okienka Deotyma
Oskar i pani Róża Eric - Emmanuel Schmitt
Ostatnia spowiedź tom I Nina Reichter
Być kwiatem?... Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
Zapomniałam, że Cię kocham Gabrielle Zevin

*** 

Może niezbyt często mam okazję sięgać po wiersze, pewnie dlatego że dużo łatwiej jest się zatopić w prozie, niż próbować interpretować zawiłe fragmenty poezji. Niemniej jednak, gdzie znajdziecie równie szczere i bezpretensjonalne wyznanie miłości jeśli nie w Rozmowie lirycznej.  Jest to jedno z najcieplejszych i najbardziej uroczych poetyckich wyznań, jakie kiedykolwiek powstały. 


***

Książka, którą bardzo chciałabym przeczytać, a którą - nie wiadomo dlaczego - zawsze odkładam na później. Panienka z okienka Jadwigi Łuszczewskiej czyli starodawny romansik. Historia miłosna osadzona w Gdańsku XVII prezentuje Kazimierza - porucznika królewskiej floty, który pewnego dnia wyglądając przez okno, zauważył [w oknie] naprzeciwko dziewczynę, która od razu zdobyła jego serce. Raz ino człek się w życiu żeni. Raz ino człek się naprawdę kocha - pisała Deotyma. Nie pozostaje nic innego, jak zaufać jej słowom. 


***

Dlaczego w tym zestawieniu umieściłam Oskara i panią Różę? Bo dzisiaj miało być o różnych obliczach miłości. A Oskar to bohater, który tak kochał życie, że potrafił oswoić śmierć. Książka niezwykle krótka, a tak naprawdę po jej przeczytaniu ciężko wykrzesać z siebie jakiekolwiek słowo. Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy - pisał Schmitt. Tak niewiele osób potrafi obdarzyć życie takim spojrzeniem. 


***

Wspominałam, że dzisiaj będzie różnorodnie. Dlatego też od historii małego Oskara przechodzimy do niebanalnego uczucia dwojga ludzi. Książka Niny Reichter oddaje obraz ludzkich uczuć, taki swego rodzaju teatr serc, dzięki któremu przypominamy sobie czym tak naprawdę możemy dzielić się z innymi ludźmi - a mianowicie właśnie uczuciami. Książka Niny Reichter to niebanalna kreacja miłości i przywiązania do drugiej osoby, które jest silniejsze od wszystkiego. Jeżeli to właśnie autorka chciałam nam przekazać to z pewnością jej się udało - pisałam w recenzji I tomu Ostatniej spowiedzi. Dzisiaj polecam Wam go jeszcze raz, tym bardziej, że II tom już tak nie zachwyca. 


***

Powrót do poezji raz jeszcze, tym razem jednak w ujęciu kobiety. Miniatury poetyckie Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej zawsze tak samo zachwycają przewrotnością, humorem i mądrością. Choć pewnie większości z Was towarzyszyły na lekcjach języka polskiego, to warto po nie sięgnąć raz jeszcze. Może uda się w nich odnaleźć jeszcze coś innego? 


***

Na koniec niezobowiązujące czytadło, które jako jedyne spośród wszystkich książek tutaj zawiera w tytule słowo kocham. Choć sama treść bardziej porusza temat relacji z innymi ludźmi niż miłości, to czy nie przyprawia Was o gęsią skórkę myśl, że moglibyście zapomnieć o uczuciach, którymi darzyliście drugą osobę? Mnie tak, dlatego na wolny wieczór polecam Wam lekko banalne Zapomniałam, że Cię kocham Gabrielle Zevin. 


***

Oczywiście moglibyśmy tu siedzieć i wymieniać mnóstwo innych tytułów. Choć wcześniej ich nie ujęłam, to cały czas o uwagę dopominają się takie książki jak Wichrowe wzgórza, Duma i uprzedzenie, Mansfield Park, Małe zbrodnie małżeńskie czy Tektonika uczuć
Mam jednak nadzieję, że nieco odmienne spojrzenie na literaturę z miłością w tle Wam się spodoba, a na najpiękniejsze książki o miłości, jeszcze przyjdzie czas. 

Teraz pochwalcie się, co dzisiaj czytacie
i czy wybór padł na jakąś historię miłosną. 

Miłego dnia!



czwartek, 12 lutego 2015

#83 Intrygantki („Nigdy nie kocha się za wiele, gdy kocha się naprawdę.”)

Intrygantki
Eric-Emmanuel Schmitt
240 stron
Wydawnictwo: Znak Literanova
Ocena: 6/10
Postęp, wasza Diabelskość, ze wszystkim tym, na co teraz pozwala ludziom fizyka i chemia, daje nam okazję, by zdziesięciokrotnić naszą aktywność. To prawda, że głupota jako taka nie wzrosła, ale dzięki pomocy rozumu zabija teraz o wiele lepiej niż przedtem.”*

Éric-Emmanuel Schmitt, francuski pisarz, który niejednokrotnie skradł swoimi słowami moje serce. Zawsze z wielką przyjemnością sięgam po jego książki, bo odnoszę dziwne wrażenie, że się nie zawiodę. „Intrygantki” to dziewiąta książka Schmitta, którą przeczytałam. Wśród wszystkich utworów tego pisarza można oczywiście wyróżnić te bardziej chwytające za serce i mniej. Dlaczego dramatu zatytułowanego „Intrygantki” nie mogę umieścić w tej pierwszej kategorii, opowiem Wam w dzisiejszym poście. 

* * *

Intrygantki” to książka będąca zbiorem czterech utworów dramatycznych, z których długością zdecydowanie wyróżnia się ten pierwszy zatytułowany „Noc w Valognes”. Pierwsza sztuka opowiada historię kilku kobiet zakochanych w tym samym mężczyźnie. Czy jest coś gorszego niż zemsta płci pięknej? Plan intrygantek mógłby się udać, gdyby nie urok kochanka, który nadal działa na kobiety tak samo, jak za czasów płomiennych romansów. Drugi utwór pod tytułem „Gość” ukazuje Freuda, tak tego Freuda i jego córkę Annę. Choć pisarz bardziej niż na ich relacjach skupił się na rozmowie bohatera z tajemniczym Nieznajomym, którym prawdopodobnie był Bóg. Zdecydowanie jest to najlepszy utwór z całej tetralogii, niezwykle głęboki, stawiający ważne pytania i na tyle odważny, by na nie odpowiedzieć. „Knebel” będący trzecim dramatem, to właściwie kilkustronicowy monolog, który według mnie może nabrać kolorów tylko wtedy, gdy zostanie przedstawiony na deskach teatru, gdzie do słów dołączy mimika, mowa ciała i gesty. „Szatańska filozofia” kończy dzieło Schmitta. Tutaj znajdziecie odpowiedź na pytanie, dlaczego nawet szatan w dzisiejszych czasach może cierpieć na depresję. 

Podstawowe złudzenie, któremu ulega czytelnik biorąc do rąk tę książkę polega na tym, że „Intrygantki są odbierane jako kolejna książka należąca do kategorii: literatura kobieca. Nic bardziej mylnego. Okładka piękna, cudowna, zmysłowa, ale nie dla tej książki. Chyba, że chcielibyśmy ją skrócić i wydać wyłącznie pierwszy dramat - „Noc w Valognes”. Co ma Freud, odrzucony przez rodzinę chłopak, czy sam szatan do tak urokliwej kobiety? 

Każdy z utworów toczy się w innym miejscu i czasie, co daje nam ogromny obraz miłości, wiary i różnych światopoglądów. Zdecydowanie w tym zestawieniu wygrywa drugi dramat - „Gość”, który jest walką rozumu z duchem oraz mózgu i serca, do tego osadzonej w realiach II wojny światowej. Najbardziej spośród wszystkich bohaterów, chciałabym zobaczyć Freuda i Nieznajomego na scenie w blasku reflektorów i ich utarczki oraz dyskusje o Bogu. 

Bardzo ciężko ocenić „Intrygantki” jako całość, bo dramaty, które składają się na tę książkę, różnią się od siebie jak ogień i woda. Z tego pewnie też wynika fakt, że „Intrygantki” choć są dziełem oryginalnym, to dużo im brakuje do „Tektoniki uczuć”, czy „Małych zbrodni małżeńskich”.

Intrygantki” polecę Wam dopiero wtedy, gdy zapoznacie się z innymi dramatami Schmitta. I pamiętajcie, w tym przypadku nie warto łączyć okładki z treścią, bo w najlepszym przypadku się zdziwicie, ale moglibyście się też rozczarować.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
* cytat pochodzi z książki Intrygantki”.


Zobaczcie tylko co udało mi się wygrać na FB.
Kryminalna Piła rozdawała w pewnym konkursie książkę K. Bondy!
Kto miałby ochotę po nią sięgnąć? 


Miłego dnia!

sobota, 7 lutego 2015

#82 Busem przez świat: AMERYKA za 8 dolarów.

Busem przez świat
Ameryka za 8 dolarów
Karol Lewandowski
336 stron
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Ocena: 9/10
Premiera: 08/12/2014
Poznaliśmy wiele niesamowitych ludzi i przeżyliśmy wiele przygód, których nie zapomnimy do końca życia. Ale o tym prawdopodobnie w kolejnych książkach. Bo wyprawa wciąż trwa i tak prędko się nie skończy.”*

Pamiętacie jak we wrześniu ubiegłego roku pisałam o pierwszej wyprawie ekipy Busem przez świat? Karol, Wojtek, Michał, Marek i Krzysiek postanowili wówczas przemierzyć kilka tysięcy kilometrów z Dolnego Śląska na Gibraltar. Plan szalony, ale ostatecznie się powiódł. Kluczem okazał się dobry plan, organizacja, dużo szczęścia i przede wszystkim wolne trzy tygodnie. Choć miał to być tylko jednorazowy wyskok”, wyprawy rozklekotanym busem weszły im w krew na dłużej. 
Tym razem ekipa z busa - nieco odświeżona - zarezerwowała sobie nie trzy tygodnie, ale trzy miesiące, na to by zwiedzić Amerykę Północną - kontynent szalony, kolorowy, znany z filmów i jednocześnie nieodkryty. 
Co myślicie o wyprawie do Ameryki z 8 dolarami w kieszeni na dzień

* * *

Niespełna po dwóch miesiącach od premiery, trzymam w dłoniach relację z wyprawy do Ameryki i jestem z tego powodu bardzo dumna. Podoba mi się okładka, podoba mi się mnóstwo zdjęć i podoba mi się relacja Karola Lewandowskiego, która utrzymana jest w tym samym stylu co poprzednia książka, ale zacznijmy od początku...

W skład ekipy, która wyruszyła do USA, Kanady oraz Meksyku wchodził Karol, Wojtek, a także Alex, czyli Ola - znajoma chłopaków. Pozostałe trzy osoby zostały wybrane w drodze swego rodzaju naboru, stworzonego przez ekipę na ich własnym blogu. Tym samym do Ameryki prócz Karola, Wojtka i Alex wyruszył Wojtek Kocoń - Paziu, który pasjonował się myślistwem, ornitologią i fotografią, Kuba Zyskowski - Zysiek, który z zawodu był mechanikiem samochodowym, oraz Piotrek Wujda - Wuja, który już wcześniej był w Ameryce, niestety jak się okazało z ekipą Busem przez świat, ostatecznie mógł podróżować jedynie przez kilka tygodni, ze względu na zmiany w osobistych planach. 


Na podstawie tej książki wyciągnęłam jeden ważny wniosek, a mianowicie taki, że najbardziej motywują nas ci, którzy w nas nie wierzą, bo to właśnie im chcemy udowodnić swoją siłę. Po raz kolejny Ekipa musiała stawić czoła osobom, które straszyły i odradzały realizację planu. Ważniejsze okazały się jednak jednostki, które motywowały, wierzyły i pomagały. Dzięki nim ten plan się powiódł. 

Wyprawa do Ameryki z pewnością kosztowała ekipę nie tyle więcej wysiłków, co funduszy i czasu. Załatwianie wiz, szukanie tanich biletów lotniczych, transport busa na obcy kontynent. Nie są to z pewnością sprawy do załatwienia w jeden dzień, a co najmniej w miesiąc lub dwa. Czego się jednak nie robi, aby spełnić marzenia? 

Ameryka za 8 dolarów” to cudowna relacja na żywo, ze spełniania własnych marzeń, planów i zamierzeń, a także lekcja pomocy międzyludzkiej. Na obcym kontynencie Ekipa z Busa doświadczyła więcej pomocy od obcych ludzi niż na ojczystym lądzie, w głównej mierze z powodu większego nagłośnienia całej i akcji. Supertramp, bo tak został ochrzczony bus stał się po prostu rozpoznawalny, nie tylko przez amerykańską Polonię, ale również przez rdzennych mieszkańców USA, czy Kanady. Czytając książkę, miałam wrażenie, że codziennie ktoś do nich zadzwoni, wyśle maila, czy w inny sposób skontaktuje się z nimi oferując nocleg czy posiłek. Oczywiście nie obyło się bez trudnych momentów, kiedy bus po raz kolejny odmówił posłuszeństwa. Jednak kto z nas nie chciałby na trzy miesiące wyruszyć do innego świata znanego z Blockbusterów i pocztówek? 

Karol z ekipą wyruszył z Nowego Jorku wschodnim wybrzeżem, przez Boston, aż do Kanady, której obrazy przypomniały mi film „Into the Wild” - kto nie oglądał, niech żałuje. Następnie SuperTramp przeprawił się na zachodnie wybrzeże po uprzednim sprawdzeniu, czy wodospad Niagara, Chicago, Góra Rushmore, a w końcu Park Yellowstone czy San Francisco wyglądają tak, jak głoszą legendy. Czym byłoby zwiedzenie USA bez wizyty w Las Vegas, czy Mieście Aniołów? Choć wiele ludzi odradzało, grzechem byłoby nie zahaczyć o Nowy Meksyk w drodze na Florydę. Ostatecznie podróż zakończyła się w punkcie wyjścia, zostawiając nas z głową pękającą od przygód i nutą, ale jakże wielką nutą zazdrości, że NAS tam jeszcze nie było. 

Ameryka za 8 dolarów” to inspirująca bomba, którą pochłonęłam w jeden dzień i nareszcie znalazłam tu tyle zdjęć ile chciałam, czyli praktycznie na każdej stronie coś, co pomogło mi wyobrazić sobie całą wyprawę. To wydanie z pewnością zasługuje na większą uwagę niż relacja z pierwszej wyprawy, gdzie zdjęcia umieszczone były tylko na kilkustronicowej wkładce wewnątrz. 

Cieszę się, że Karol Lewandowski utwierdza czytelników żądnych przygód z nadzieją, że powstaną kolejne relacje Ekipy z Busa. Nie mogę się doczekać, aż powstanie książka o Australii, czy o innych zakątkach świata, pisana z taką samą energią. 
Amerykę za 8 dolarów”polecam wszystkim, przede wszystkim tym, którzy nie wierzą, że w życiu można dokonać wielkich rzeczy, mając w kieszeni kilka dolarów

Za możliwość przeczytania
dziękuję wydawnictwu Sine Qua Non.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
* cytat pochodzi z książki Busem przez świat. Ameryka za 8 dolarów”.



Ameryka Północna to kontynent, w którym można się zakochać, a po przeczytaniu
tej książki staje się to jeszcze prostsze. 
Znacie jakieś inne książki o Stanach Zjednoczonych, czy też Kanadzie, 
po które warto sięgnąć? 
Jestem otwarta na różne propozycje. 

A teraz przyznać się kto czytał, a kto planuje sięgnąć po Amerykę za 8 dolarów”?
Miłego weeekendu! 

czwartek, 5 lutego 2015

#81 Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął („Tacy, co to ino prawdę godoją, toż to ni warto ich słuchać.”) + Zapowiedź

Stulatek,
który wyskoczył przez okno zniknął
Jonas Jonasson
416 stron
Świat Książki
Ocena: +9/10
Można by pomyśleć, że mógł się zdecydować wcześniej albo przynajmniej mieć na tyle przyzwoitości, żeby poinformować otoczenie o swojej decyzji. Ale Allan Karlsson nigdy zbyt długo nie rozważał swoich decyzji.”*

Przydługi tytuł, okładka z filmu, mało znany autor i do tego kupiona w Biedronce. Nie zwiastuje to książki, która mogłaby skraść moje serce. A jednak. Ponad milion sprzedanych egzemplarzy w samej Skandynawii świadczy o tym, że przygody Pana Dziadka zachwyciły nie tylko mnie. 
Dzisiaj opowiem Wam o Alanie Karlssonie, którego trudno nie polubić, a także o całym minionym stuleciu, a właściwie o tym, jak jeden mieszkaniec domu spokojnej starości zmieniał jego bieg. 

Jonas Jonasson - autor pochodzący ze Szwecji wykreował postać mężczyzny, który w dniu, w jakim go poznajemy obchodzi setne urodziny. Musicie przyznać, że nie często na torcie można ujrzeć trzycyfrową liczbę świeczek. To wydarzenie stało się na Jonassona punktem wyjścia do napisania powieści z jednej strony kryminalnej, a z drugiej - komediowej. Co może wyjść z przemieszania kryminału z komedią? Czarna komedia? Albo po prostu historia życia Alana Karlssona. 

Jak Alan Karlsson trafił do domu spokojnej starości, w którym jedna z opiekunek o imieniu Alice „truje” mu codzienną egzystencję, dowiecie się na końcu książki. Wiedzcie jednak, że znudzony dziadek, któremu nie podoba się życie w czterech ścianach, szybko bierze sprawy w swoje ręce. Stulatek podejmuje spontaniczną decyzję i w swoich kapciach wychodzi z budynku... Przez okno. I tak zaczyna swoją najbardziej emocjonującą, i jak się może zdawać ostatnią przygodę życia. 

Alan Karlsson nie wyznaczył sobie początkowo innego celu, jak tylko dworzec autobusowy. Tam nie wiedzieć czemu, ukradł pewnemu młodemu, pozbawionemu kultury człowiekowi walizkę i wraz z nią udał się w kierunku przypadkowej miejscowości. Po drodze znalazł towarzysza swojej podróży, którego kontakty z prawem były, jakby to ująć, skomplikowane. A gdy do tego dowiedział się, że w walizce znajduje się 50 milionów, sam nie pojęcia, czy jest to dla niego powód do radości, czy też rozpaczy. 

Niejednego człowieka w czasie kolejnego miesiąca od ucieczki Stulatek pozna. Z niektórymi będzie to dłuższa relacja przechodząca w przyjaźń, a dla innych będzie to ostatnie spotkanie w życiu. Okazuje się, że wielka feta zaplanowana dla niego z okazji urodzin, była niczym w porównaniu z tym, co czekało go po ucieczce przez okno. I pomyśleć, że nam czytelnikom wydawało się, że staremu Dziadkowi odbiło na starość. Zdziwicie się, gdy poznacie przeszłość Alana Karlssona. 

Jonas Jonasson zastosował w swojej książce swego rodzaju dwutorowość. W jednym rozdziale opowiada to, co dzieje się w życiu Stulatka teraz, a w drugim opowiada jego życie od samych narodzin. Jak się okazuje bohater nieźle namieszał w minionym stuleciu. Miał okazję jeść kolację z Trumanem, lecieć samolotem z Chirchillem, pić wódkę ze Stalinem i poznać Mao Zedonga. „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknąłto wspaniała podróż (z przymrużeniem oka) przez miniony wiek. Najważniejsze wydarzenia XX wieku, nabrały w tej książce nowego życia i kolorytu. Nawet Stalin nie taki straszny, gdy znajduje się obok niego Alan Karlsson.


Czytając powieść Jonasa Jonassona i poznając skomplikowaną historię życia Stulatka uśmiech nie schodził mi z twarzy. Książka jest zabawna, przewrotna, oryginalna jeśli chodzi o konstrukcję fabuły i dzięki temu wprost stworzona do ekranizacji. Oczywiście po jej przeczytaniu było mi smutno, że Alan jest Szwedem, a nie Polakiem, i że nie jest ani moim dziadkiem, ani moim wujkiem, ani że nie będę mogła z nim porozmawiać. 

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić, to że proporcjonalnie do liczby stron, skracała się relacja z tego, co działo się w życiu Stulatka i jego przyjaciół aktualnie, a powiększał się opis wydarzeń z przeszłości. Innymi słowy, brakowało mi równowagi między tymi rozdziałami. Jednak to drobny mankament w stosunku do tego, jak dobrze było się oderwać od codziennej, szarej rzeczywistości dzięki tej powieści. 

Błyskotliwa i niesamowita. Pozostaje mi tylko obejrzeć film. 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 
* cytaty pochodzą z książki Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”.

Analfabetka,
która potrafiła liczyć
Jonas Jonasson
Wydawnictwo W.A.B
Premiera: 18.02.2015
Oto na co czekam po Stulatku...”.

Czy ktokolwiek mógłby oczekiwać, że ubogie afrykańskie dziecko wmiesza się pewnego dnia w świat międzynarodowej polityki na najwyższym szczeblu? Nombeko Mayeki przywykła do znacznie większych niespodzianek. Autor międzynarodowego, zekranizowanego bestsellera "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" znów daje przezabawną lekcję historii najnowszej. [LubimyCzytac]

Premiera już 18 lutego. Myślę, że na mojej półce Stulatek...” z Analfabetką...” będą się świetnie razem prezentować. 

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . 

Czytaliście, a może macie w planach jedną z książek Jonasa Jonassona? 
Miłego dnia!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...