sobota, 31 maja 2014

#28 Pałac Północy

Pałac Północy
Carloz Ruiz Zafon
288 stron
Wydawnictwo Muza
7/10
Ostatnią książką, która należała do moich majowych łupów bibliotecznych był "Pałac Północy". Na dobre rozpoczęcie weekendu, mogę polecić Wam książkę autora, którego zapewne kojarzycie z cyklu zatytułowanego "Cmentarz zapomnianych książek", mam na myśli oczywiście "Cień wiatru", "Gra anioła" oraz "Więzień nieba". "Pałac Północy" to druga książka napisana przez C. R. Zafona należąca do literatury młodzieżowej, choć autor jak sam pisze, przekazuje książkę w ręce każdego, dojrzałego czytelnika.
Tym razem zabiera nas w podróż do Kalkuty...

Kalkuta, 1932. Ben, wychowanek sierocińca St. Patrick, skończył już 16 lat - podobnie jak jego przyjaciele, będzie musiał opuścić dom dziecka i się usamodzielnić. W dniu pożegnalnej imprezy poznaje swoją rówieśniczkę Sheere i zabiera ją do Pałacu Północy na spotkanie tajnego stowarzyszenia, które założył wraz z przyjaciółmi. Gdy dziewczyna opowiada im tragiczną historię swojej rodziny, członkowie stowarzyszenia postanawiają jej pomóc w odnalezieniu legendarnego domu, który pojawia się w opowieści. Nie wiedzą, że właśnie natrafili na trop jednej z najpotworniejszych tajemnic Kalkuty. Płonący pociąg, dworzec widmo, ognista zjawa - to tylko niektóre elementy makabrycznej łamigłówki, którą przyjdzie im rozwiązać... Misja, która miała być niecodzienną przygodą, niebawem okazuje się śmiertelnie niebezpiecznym wyzwaniem.*


"Książę Mgły", "Pałac Północy", Światła września". Trzy piękne okładki, trzy książki które razem tworzą Trylogię Mgły. Tak naprawdę nie są ze sobą związane. Do tej pory udało mi się przeczytać "Pałac Północy" i "Światła września" (w 2012 roku). 

Muszę przyznać, że "Pałac Północy" zdaje się być spełnieniem wszystkich dziecięcych fantazji  i wyobrażeń z dzieciństwa autora. Książka przepełniona jest magią i fantastyczną atmosferą, która do reszty pochłania czytelnika. Tak jak pisałam na temat "Mariny" tego autora, że "Barcelona została ukazana w taki sposób, że chciałoby się pakować walizki i wyjechać w tamten świat**", to teraz tak samo jest z Kalkutą. Zafon potrafi robić z naszą wyobraźnią naprawdę zadziwiające rzeczy. Jest mistrzem zagadek i ich poźniejszego objaśniania. Akcja jego książek jest niemal filmowa, dopiero po jej przeczytaniu, zaczynasz rozumieć, jak szybko przygoda z nią się zakończyła. 
Jeśli mam być w pełni obiektywna, muszę przyznać, że "Światła września" bardziej przypadły mi do gustu. Stało się tak zapewne z dwóch powodów. Po pierwsze wiek i ilość przeczytanych książek. A po drugie w 2012 roku sięgałam po twórczość Zafona niczym odkrywca wchodzący na nowy ląd. Teraz wiedziałam czego się po nim spodziewać. Czy mnie rozczarował? Na pewno nie. Czytanie "Pałacu Północy" to nie był czas zmarnowany. 

Chciałabym zaznaczyć, że książka Zafona, to nie tylko historia o czymś nadprzyrodzonym. To także opowieść o wielkiej przyjaźni, przede wszystkim między głównym bohaterem - Benem, a Sheere. "Pałac Północy" to historia wielkiej przyjaźni między wychowankami sierocińca St. Patrick, dla których życie nie było proste, bo żyli ze świadomością, że zostali porzuceni, że byli niechciani, że nie miał się kto nimi zająć i okazać im prawdziwej miłości. Wszystko to zostało ukazane na tle płonącego pociągu, zrujnowanego domu i mrocznych ulic Kalkuty. 

Książkę mogę polecić wszystkim entuzjastom twórczości Zafona, którzy myślą, że skoro "Trylogia Mgły" jest przeznaczona dla młodzieży, to dorośli, dojrzali czytelnicy nie znajdą w niej nic wartościowego (nic bardziej mylnego). Ponadto mogę ją polecić fanom fantastyki, magicznych historii i wszystkim tym, którzy szukają wciągającej lektury na góra dwa popołudnia


________________________________________________________
źródła: 
*   http://lubimyczytac.pl/ksiazka/92928/palac-polnocy
** http://lubimyczytac.pl/ksiazka/49335/marina/opinia/6433146#opinia6433146

Żegnam się w maju z zapytaniem, jakieś szczególne plany na czerwiec
Pozdrawiam. 


środa, 28 maja 2014

#27 Sosnowe dziedzictwo (Całkiem przytulny dworek na Kujawach)

Sosnowe dziedzictwo
Maria Ulatowska
296 stron
Prószyński i S-ka
5/10
...Z Marią Ulatowską miałam przyjemność spotkać się przy okazji książki "Kamienica przy Kruczej". Jej recenzja pojawiła się na blogu NiebieskaObwoluta 3 sierpnia ubiegłego roku. Warto zaznaczyć, że "Kamienica przy Kruczej" to piąta książka Marii Ulatowskiej wydana przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. Przyznam szczerze, że wywarła na mnie wtedy dość duże, pozytywne wrażenie. "Sosnowe dziedzictwo" to powrót do pierwszych kroków pisarskich autorki i przyznam szczerze, że z pośród tych dwóch książek dużo lepiej wspominam lekturę przeczytaną blisko rok temu. Zaraz postaram się Wam wytłumaczyć dlaczego. 

Autorka | źródło
                 
Aby przybliżyć Wam nieco fabułę książki skorzystam z opisu pochodzącego z portalu LubimyCzytac.


Anna Towiańska niespodziewanie zostaje właścicielką Sosnówki - pięknego, starego dworu na Kujawach. Odziedziczony po matce, która nie wiedziała o jego istnieniu. Opuszczony i zaniedbany dom wymaga solidnego remontu. Anna postanawia przywrócić mu dawną świetność. Odkrywając malowniczą Sosnówkę, przygarnia porzuconą psinę i poznaje sympatycznych mieszkańców pobliskiego miasteczka. Samozwańczy parkingowy Dyzio, pilnujący porządku na rynku, przystojny weterynarz Grzegorz, właściciel firmy remontowej Jacek i mały Florek szukający ciepła i miłości - wszyscy oni są pod urokiem prześlicznej, nowo przybyłej "dziedziczki z Sosnówki". Nic więc dziwnego, że Anna postanawia zostać w Sosnówce na dłużej...

Prawdopodobnie teraz światło dzienne ujrzą wszystkie moje kompleksy, bo Anna Towiańska jest tak idealna w każdym calu i tak bardzo pożądana przez innych, że wydaje się to być tylko niespełnionym snem każdej kobiety. "Sosnowe dziedzictwo" to ciepła, wręcz magiczna historia, mająca swoje źródło jeszcze w czasach II WŚ. Jednak te cechy mogą równie łatwo odwrócić się przeciw tej książce. Świat bowiem, który prezentuje nam Maria Ulatowska jest wyidealizowany. Wszyscy ludzie, których poznajemy w Towianach (a jest ich dość sporo) mają problemy, jednak albo rozwiązują się one same, albo przy niewielkiej pomocy osób trzecich. Do najciekawszych momentów należą wspomnienia z czasów wojny, są równie ciekawe jak w "Kamienicy przy Kruczej". Nie chcę być malkontentem ale nie wiem, czy mam ochotę przez blisko 300 stron czytać o życiu wprost idealnym. "Sosnowe dziedzictwo" to bajka dla dorosłych, a jak wiadomo - nie wszyscy wierzą w bajki. Mimo wszystko, niektórzy lubią ucieczki do świata utopijnego. Książka jest idealna, gdy nie mamy nic innego pod ręką, a zapowiada się leniwe, niedzielne popołudnie. Na szczególną uwagę zasługuje piękna okładka oraz lekki styl, który sprawia że "Sosnowe dziedzictwo" pochłania się w jedno popołudnie. Ze swojej strony, nie odradzam i nie polecam, bo ta książka może Was tak samo zachwycić jak i niestety znudzić. Sprawdźcie sami.
Trzy miesiące po premierze pierwszej części książki Marii Ulatowskiej,
światło dzienne ujrzała jej kontynuacja, zatytułowana
"Pensjonat Sosnówka".
Osobiście nie czuję wielkiej potrzeby sięgnięcia po nią. 

Na koniec mogę Was zaprosić do przeczytania recenzji "Kamienicy przy Kruczej" Marii Ulatowskiej z sierpnia 2013 roku. Czym tak naprawdę różnią się te książki? Spotkaliście się kiedyś z twórczością tej autorki? Czekam na opinie. 


niedziela, 25 maja 2014

#26 Kobiety Łazarza

Kobiety Łazarza
Marina Stepnova
396 stron
tłumaczenie: Aleksandra Wieczorek
Wydawnictwo: Czarna Owca
6/10
Witajcie, 
dzisiaj chciałabym Wam zaprezentować książkę należącą do literatury rosyjskiej. Niezbyt często mam okazję spotkać się z utworami napisanymi przez twórców z Rosji, stąd książka była dla mnie dużym wyzwaniem i przygodą. Sięgnęłam po nią z czystej ciekawości, jednocześnie zaintrygowana bardzo interesującą okładką. Czy słusznie? Przeczytajcie sami. 

Zacznę od tego, że książka "Kobiety Łazarza" należy do Szmaragdowej Serii wydawnictwa Czarna Owca. Prócz książki Mariny Stepnovej znajdziemy tam jeszcze tylko "Niewidzialny most" Julie Orringer. Zarówno jeden jak i drugi utwór, spodobały się czytelnikom i dzisiaj mogą poszczycić się dość wysoką oceną na portalach czytelniczych. Szmaragdowa Seria to dość tajemniczy tytuł pod którym kryją się dzieje rodzin w trudnych czasach. Perypetie miłosne i dramaty historii, które splatają się w wielowątkowe opowieści...*

Na książkę trafiłam przypadkiem w bibliotece i po przeczytaniu opisu z tyłu okładki spodziewałam się chyba czegoś innego. Według mnie tytuł tak naprawdę niewiele wspólnego posiada z tym, co znalazłam wewnątrz książki. "Losy trzech kobiet (...) skupione wokół jednego mężczyzny".** Tak naprawdę każda z tych kobiet jest indywidualnością, a według mnie to co ich łączy, to wcale nie postać wybitnego fizyka Łazarza Lindta, a raczej tęsknota za miłością, za szczęściem, oraz czymś co określa się mianem poczucia bezpieczeństwa

Tak jak już wspomniałam tytułowy Łazarz to wybitny matematyk i fizyk. Człowiek osamotniony, do tego nieszczęśliwie zakochany. Jedyną miłością jego życia była o wiele lat starsza od niego Marusia. Jego uczucia nigdy nie znalazły zrozumienia. Lindt chyba nigdy nikogo nie pokochał równie mocno. 

Już pierwszy rozdział książki wzrusza czytelnika, bowiem przedstawia historię małej dziewczynki - Lidoczki. Jej życie było szczęśliwe do momentu, w którym została dotknięta wielką tragedią. Jej matka umiera. Początkowo ciężko zrozumieć jaką rolę w tej książce odgrywa małe, pięcioletnie dziecko. Jednak Lidoczka to wnuczka Łazarza Lindta. 

I trzecią, prawdopodobnie najbardziej jaskrawą kobietą w życiu Łazarza jest jego żona - Galina Pietrowna. Kobieta wiele lat młodsza od uczonego. Została zmuszona do małżeństwa. Nigdy nie kochała swojego męża. Nie kochała swojego syna. Pielęgnowała w sobie żal i nienawiść, które później przelała na swoją osieroconą wnuczkę. 

Prócz uczuć i emocji, które autorka w wielowymiarowy sposób przelała na strony "Kobiet Łazarza" ważną rolę odgrywa tutaj portret Rosji z XX wieku. To ona wydaje się być odrębnym bohaterem i rządzi się swoimi prawami. Gdyby nie ten dogłębny opis życia bohaterów w państwie takim jak Rosja, książka o wiele więcej straciłaby na wartości. 

Książka Mariny Stepnovej jest pełna sprzeczności. Występuje w niej wiele zagmatwanych wątków. W pewnym momencie miałam ochotę ją porzucić, bo wydawało mi się, że nic z niej nie rozumiem i zamiast poznawać bohaterów, to stają się oni dla mnie coraz bardziej obcy. Książka poniekąd jest błyskotliwa. Nie ma tutaj nudnych postaci, każda się czymś wyróżnia i przede wszystkim każda jest szczegółowo narysowana językiem literackim. Utwór ten w pełni oddaje klimat Rosji z XX wieku. Jestem wzrokowcem, więc sama okładka zasługuje według mnie na wielkie wyróżnienie. Choć książka porusza naprawdę poważne tematy, jest pełna smutku, bo jej bohaterowie nie potrafili przeżyć życia w sposób taki, w jaki naprawdę by chcieli. Brakuje mi jednak tutaj sentencji, które odnajduję prawie w każdej książce. To właśnie po nich rozpoznaję i przypominam sobie niektóre utwory. Tu ich nie ma. 

Książkę mogę polecić wszystkim wielbicielom wielowątkowych sag rodzinnych, osobom które interesują się historią, przemianami jakie zachodziły w Rosji w XX wieku, wszystkim którzy zainteresowani są współczesną literaturą rosyjską. Dla mnie książka Mariny Stepnovej była przygodą z Rosją w tle. Sama nie wiem czy zdecydowałabym się na nią po raz kolejny. "Kobiety Łazarza" chyba nieco rozmijają się z moim gustem czytelniczym. Mimo wszystko, zawsze powtarzam, że warto wyrobić sobie własne zdanie. 
________________
*    źródło: http://www.czarnaowca.pl/literatura_piekna/niewidzialny_most,p1342510049
**  źródło: okładka

video

Załączam fragment książki znaleziony na kanale wydawnictwa Czarna Owca. A jakie są Wasze opinie na temat tej książki? Czytaliście? Co możecie polecić ze współczesnej literatury rosyjskiej? 
Pozdrawiam i miłej niedzieli! 



poniedziałek, 19 maja 2014

#25 Kiedy byłem dziełem sztuki

Kiedy byłem dziełem sztuki
Eric-Emmanuel Schmitt
263 strony
tłumaczenie: Maria Braunstein
Wydawnictwo Znak
10/10
Do ostatniej chwili nie wiedziałam jak rozpocznę recenzję kolejnej przeczytanej książki Schmitta, ale chyba wystarczy powiedzieć, że "Kiedy byłem dziełem sztuki" to kolejna książka tego francuskiego autora, która mnie zachwyciła. Niestety jest to utwór często niedoceniany, bo pod maską kontrowersyjnych postaci ciężko doszukać się głębokiej filozofii...

Głównym bohaterem książki Schmitta jest Tazio (zdrobnienie nadane postaci przez rodziców, o którym dowiadujemy się w dalszej części utworu). Tazio to w gruncie rzeczy dorosły mężczyzna. Bohater to człowiek zagubiony i zamknięty w sobie, który chce popełnić samobójstwo
Scena rozpoczynająca lekturę przenosi nas na skaliste wybrzeże. To tam ma się rozegrać finalna scena życia człowieka, który postrzega swoją egzystencję jako nieudaną, przeplataną licznymi próbami samobójczymi. Zdawałoby się że Bóg zsyła mu ostatnią deskę ratunku w postaci bogatego artysty - Zeusa Peter Lamy. Ów pomoc może okazać się "iście faustowskim paktem". 

Schmitt nakreślił dokładny portret człowieka znajdującego się na skraju szaleństwa. Bohater chce ze sobą skończyć - to jego jedyny cel. Czuje się niekochany, niedoceniany i osamotniony. Całe życie porównywany do swoich braci bliźniaków postrzegał siebie jako gorszego. 




Nikomu nie życzę, by od dzieciństwa musiał współistnieć z pięknem. Z rzadka widywane piękno opromienia świat. Dostępne na co dzień rani, pali i zadaje rany, które nigdy się nie zabliźniają. 
W opozycji do Tazia stoi Zeus Peter Lama - człowiek kontrowersyjny, który nie cofnie się przed niczym dla sławy. 
Nasze społeczeństwo jest tak zorganizowane, że lepiej być rzeczą. Wtedy będziesz w końcu szczęśliwy.
To właśnie taka myśl przyświeca Zeusowi. Artysta tworzy z bohatera marionetkę. Kukłę. Żywą rzeźbę o imieniu Adam bis. Traktuje go jak eksponat, powołując się na fakt, że bohater zrzekł się człowieczeństwa w chwili, gdy chciał popełnić samobójstwo. W ten sposób umowa, która obejmowała 24 godziny (w końcu jak sam Zeus mówił: "Proszę pana tylko o dwadzieścia cztery godziny. Niech mi je pan ofiaruje. Jeżeli nie przekonam pana do życia, jutro o tej samej porze mój szofer odwiezie pana i popełni pan to swoje samobójstwo.") zamienia się w śmiertelnie długą walkę - walkę o człowieczeństwo i godność - utraconych w szaleńczych czasach pogoni za... No właśnie. Pogoni za czym? 


Na podstawie tej historii pełnej fantastyki Schmitt pokazuje jak łatwo wyzbyć się cech człowieka i jak łatwo przejąć kontrolę nad ludzkim istnieniem. Zeus Peter Lama to przykład klasycznego despoty, a Adam bis to typowa ofiara dotknięta znieczulicą społeczną - osoba nie radząca sobie ze swoimi emocjami, która zamiast trafić na psychologa, trafiła na tyrana. "Kiedy byłem dziełem sztuki" to opowieść o tym, kim tak naprawdę jesteśmy. Schmitt uzmysławia nam, że nasze życie składa się z trzech form: 

Życie materialne: jesteśmy ciałem. Życie umysłowe: jesteśmy świadomością. I życie dyskursywne: jesteśmy tym, co o nas mówią. 
To od nas zależy, która forma stanie się najważniejsza i co zdominuje nasze życie. 

Na koniec mogę dodać, że książka Schmitta to także opowieść o tym, jak bardzo nie potrafimy docenić w życiu tego, co mamy. Bohater wiódł zwyczajne życie. Teoretycznie mógł cieszyć się z każdego wschodu i zachodu słońca. Jednak owe wschody i zachody zrobiły na nim wrażenie dopiero wtedy, gdy stracił panowanie nad swoim życiem. 
Jest to kolejna lekcja od fantastycznego mistrza, że nigdy nie będziemy w stanie docenić czegoś równie mocno, jak wtedy, gdy to stracimy. 

Po raz kolejny zachwycam się nad prostotą i mądrością książki Schmitta. Jego utwory nigdy mi się nie znudzą i zawsze będę sięgać po nie z uśmiechem na twarzy... A później będę wypisywać cytaty, cytaty takie jak ten:

Bohater padł ofiarą naszych czasów. Czy raczej dyskursu, jaki nasze czasy wygłaszają na swój temat.
Uwielbiam kiedy książki wyzwalają refleksje, bo nie ma nic lepszego od tego, kiedy zapisana strona potrafi sprowokować człowieka do myślenia. 
Pozdrawiam ;-).

piątek, 16 maja 2014

#24 Hyperversum (Ostrzeżenie przed grami komputerowymi)

Hyperversum tom 1
Cecilia Randall
750 stron
tłumaczenie Natalia Mętrak
Wydawnictwo Esprit
ocena: 8/10
Witam serdecznie po długiej przerwie!
Około miesiąc temu otrzymałam od wydawnictwa Esprit propozycję recenzji książki Hyperversum 2 - Sokół i lew. Po przeczytaniu pierwszych informacji na jej temat, pomyślałam że może być to całkiem ciekawa przygoda, tym bardziej że książka posiada rzesze fanów oczekujących z niecierpliwością na dalsze losy swoich ulubionych postaci. Pojawił się jednak jeden problem. Jak mogę dokonać recenzji drugiego tomu książki, skoro nigdy nie trzymałam w dłoniach pierwszego? Jest to problem nie do przeskoczenia w przypadku książki, która posiada ponad 750 stron. Wyraziłam za pomocą maila do wydawnictwa Esprit swoje obawy i już za kilka dni otrzymałam z rąk listonosza dosyć sporą przesyłkę. Były to oczywiście dwa tomy Hyperversum. Fantastycznie prezentujące się z wyglądu olbrzymie tomiszcza w miękkich okładkach, zachęcają do przeczytania. Chęć ta została nieco spowolniona przez matury, mimo wszystko były momenty kiedy nie mogłam się oderwać od 1 tomu dzieła autorstwa Cecilii Randall. Teraz postaram się Wam dokładnie opisać, jak ją odebrałam. Jedyne o czym musicie wiedzieć, że jest to subiektywne zdanie dziewiętnastoletniej osoby. Zapraszam!

Kim jest autorka Hyperversum? To Cecilia Randall. Zasłynęła na świecie z bestsellerowych powieści dla młodzieży. Jak podają źródła Cecilia Randall ukończyła studia na wydziale Języków i Literatur Obcych, a także studia w dziedzinie Komunikacji i Technologii Informacyjnych na Uniwersytecie w Bolonii. Dała się poznać już w 2006 roku, kiedy opublikowano pierwszy tom Hyperversum. Zakładam, że dzięki swoim historiom jest obecnie szczególnie znana w kręgach nastolatków sięgających po książki fantasy, bo jej książki potrafią poruszyć wyobraźnię nawet najbardziej wymagającego, młodego czytelnika. 
Hyperversum to akronim hyper universum - hiperwszechświata. Był to najlepszy dostępny na rynku produkt rozrywkowy, doceniony przez miliony graczy na całym świecie. 
W ten sposób zostaje wyjaśniony tytuł książki. Jest to dość logiczna droga na wytłumaczenie czytelnikowi z czym spotka się na kolejnych kartach książki. Sześcioro bohaterów Ian, Daniel, Jodie, Martin, Donna i Carl korzystają właśnie z tego produktu reklamowego i nie zdają sobie sprawy dokąd ich to może zaprowadzić. Ale kto z nas by się spodziewał? Przecież każdy grał kiedyś w gry komputerowe i na pewno nikomu nie przyszło nigdy do głowy, jak zachowałby się w realiach, w których została osadzona jego postać. Na tym chyba polega niezwykłość fantastyki
Prócz fantastyki w Hyperversum ważne miejsce zajmuje historia. Sama autorka zdefiniowała gatunek książki jako powieść fantastyczna - nie historyczna. Dzięki temu uniknęła ewentualnych ataków ze strony krytyków i historyków, a zapewniła sobie dowolność, której jej zazdroszczę. Cecilia Randall napisała książkę, której realia umiejscowione są we Francji w XIII wieku. Postacie z XXI wieku przeniosła do Wieków Średnich. Napisałam, że zazdroszczę jej dowolności, bo Cecilia Randall stworzyła książkę z jednej strony kreującą nowe postaci, a z drugiej strony opisała czas średniowiecza. Autorka zdaje nie martwić się szczegółami bitew, profilami władców - tutaj zapewnia sobie wspominaną dowolność, ale w przypadku opisu obyczajów, jak sama mówi była dużo bardziej rygorystyczna. Wydaje mi się, że są to idealne proporcje na młodego czytelnika. Hyperversum jest książką o czymś, a jednocześnie nie jest nudną lekcją historii


Każdy bohater posiada swoje własne cechy charakterystyczne. Ian to fantastyczny rycerz. Daniel potrafi wcielić się w złodzieja i świetnego łucznika, a Jodie jest idealnym materiałem na towarzyszkę damy dworu. Taki typ tworzenia postaci przypomina mi bajki z dzieciństwa, w których każdy jest jasno określony: dobry, albo zły, a przy tym wyróżnia się jakąś zdolnością, która w odpowiednim momencie książki może uratować pozostałych

Nowe realia, w których znajdują się bohaterowie początkowo ich przerażają, ale z czasem postaci zdają się idealnie dopasowywać do wszystkiego co ich otacza. Biorą udział w bitwach, turniejach, ulegają chłoście czy też odnajdują swoje miłości. Prowadzą nowe życie, jedni słabiej, a drudzy mocniej tęskniąc za swoim domem z XXI wieku. Niektórzy chcą wrócić do swojego domu, a inni wręcz przeciwnie, odnaleźli swoje przeznaczenie i nie zamierzają się mu sprzeciwiać. Przebieg losów bohaterów cechują liczne zwroty akcji. Jest to wielką zaletą książki, jednocześnie jednak książka jest bardzo przewidywalna. Nie wiem czy zależy to od sposobu pisania autorki, czy może raczej od tłumaczenia, ale już na początku danego starcia jesteśmy w stanie przewidzieć, co zdarzy się na końcu. Nie ma tu miejsca na czytanie między wierszami, wszystko jest podane czytelnikowi na tacy. Przez to książka staje się czasami zbyt infantylna. 

Czysto fizyczną wadą Hyperversum jest fakt, że zostało wydane w miękkiej okładce. Niestety już po pierwszym przeczytaniu dość wyraźnie widać ślady użytkowania. Mam na myśli odklejające się strony i samą okładkę. Choć miękka okładka daje czytelnikowi pewien komfort w czasie czytania, to w tym przypadku nie wiem czy spełniła swoją rolę w 100%. 


I tom Hyperversum składa się z czterech części. Jest to Sztorm, gdzie poznajemy bohaterów w ich realnym życiu, jednocześnie dowiadując się o pochodzeniu komputerowej gry RPG, a także o tym jak bohaterowie znaleźli się w XIII-wiecznej Francji. Nowe życie - to rozdział opowiadający głównie o tym jak bohaterowie przyzwyczajają się do średniowiecznego życia. Rycerze to część o tyle różniąca się od poprzednich, że bohaterowie niczym zapominają o swojej rozłące z rodziną na rzecz obowiązków wobec Panów i wobec Króla. Ich osobiste rozterki zostają usunięte na drugi plan podobnie jak w ostatnim rozdziale czyli Bitwa pod Bouvines - Powrót. To tam ma miejsce finalne starcie wojsk francusko-angielskich. I nie jest to tylko produkt wyobraźni autorki, gdyż takie zdarzenie miało miejsce naprawdę. Ostatnia część to także niespodziewane zakończenie, bo to że bohaterowie odnaleźli się w średniowiecznych realiach nie oznacza, że ich życie stało się szczęśliwe i że nikt nie może go zakłócić...

Hyperversum to obszerna książka idealnie pobudzająca wyobraźnię i wciągająca nas w klimat średniowiecza. Jest pisana prostym językiem (czasem może zbyt prostym - znowu powołam się na infantylność, o której mówiłam wcześniej, bo nienawidzę gdy autor w swojej książce pisze, że dana bohaterka właśnie zachichotała cichutko) i ze względu na krótkie rozdziały, na które zostały podzielone cztery obszerniejsze części czyta się ją niezwykle szybko. Bardzo podobają mi się czarno-białe ilustracje wewnątrz lektury, które dopełniają całość i sprawiają, że książka jest dopięta na ostatni guzik. 

"Nie trzeba być bohaterem, żeby przeżyć,
 jeśli ma się kogoś,
dla kogo warto walczyć."
Polecam książkę przede wszystkim młodym ludziom. Uważam, że jest to niezwykły prezent dla nastolatka. Według mnie jest to książka idealna żeby się rozluźnić i zapomnieć o codzienności. Z zegarmistrzowską starannością zostały tu ukazane zwyczaje średniowieczne. Co do samej historii, Hyperversum może nas skłonić do poszukania w Internecie lub w innych książkach informacji na temat XIII-wiecznej Francji i na przykład Bitwy pod Bouvines. Jest to dobra książka, bez której da się żyć, ale niewątpliwie warto po nią sięgnąć, dzięki temu została doceniona przez wielu czytelników portalu lubimyczytac. 
Ja mam jednak to szczęście, że II tom, leży na mojej półce i czeka na przeczytanie. Gdy tylko tego dokonam, podzielę się z Wami opinią. Jestem ciekawa czy Hyperversum II - Sokół i lew jest równie dobra jak I część, a moją ciekawość potęguje fakt, że tłumaczenia drugiej części dokonała nie Natalia Mętrak, ale ktoś inny, a mianowicie Agata Pryciak. 

Za możliwość przeczytania
dziękuję wydawnictwu Esprit
Na fali zainteresowania książką powstała strona internetowa w języku polskim promująca obecnie II część utworu Cecilii Randall. To właśnie tutaj możecie poczytać więcej. 

Tymczasem dzięki wszystkim, którzy przebrnęli przez napisaną przeze mnie recenzję. A może Wy czytaliście Hyperversum? Jaka jest Wasza opinia? Znacie inne książki dla młodzieży, o których jest ostatnio równie głośno jak o Hyperversum? Pomaturalnie i leniwie pozdrawiam i życzę miłego weekendu z dobrą książką! :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...